Gliniana tabliczka naszych czasów?

Krążące pogłoski o nowym mini laptopie firmy Apple (mówi się o nim Tablet, iPad, Macbook Touch) prowokują pytanie: czy długo wyczekiwane urządzenie okaże się kolejnym czarnym koniem nie tylko na rynku popularnych netbooków ale też w domenie czytników e-książek ?

Dziecięciocalowy, posiadajacy wirtualną klawiaturę i dotykowy system operacyjny Tablet to na pozór nic innego niż dwu, lub trzy krotnie większy Pod Touch lub iPhone. Jednak właśnie sam rozmiar, wraz z dopracowaną w najmniejszym detalu ergonomią użytkowania, przesądzić mogą o sukcesie urządzenia. Może się okazać ono idealnym polem pisma: cyfrowym, przenośnym pulpitem do czytania i do pisania. Funkcji tej nie pełnią dziś ani zbyt mały iPhone, ani dziesiątki modeli netbooków, ani też zbyt nieporęczne laptopy z ich nieodłącznym, dwudzielnym układem klawiatura-ekran, ani nawet czytnik Kindle Amazona, na którym nie da się pisać tekstów dłuższych niż lista zakupów.

Najbardziej bliską idei tableta [przyp. tablet to po angielsku tabliczka], bliższą nawet niż Kindle, jest stary jak świat sumeryjski wynalazek glinianej tabliczki. Była ona najbardziej długowiecznym nośnikiem zapisu, stosowanym już w starożytnej Mezopotamii, mykeńskiej Krecie jak i w starożytnym Egipcie. Nawet po wynalezieniu papirusu gliniana tabliczka była w Egipcie w powszechnym użyciu jako medium dużo bardziej poręczne, trwałe i wielorazowego użytku. Niezwykła elastyczność nośnika polegała na tym, że poddana dwóm żywiołom – ogniu albo wodzie – zapisana na tabliczce treść mogła być albo utrwalona albo zmazana. Wypalenie zapisanej treści utrwalało ją, zamoczenie – usuwało. Stąd ogromna popularność tabliczek w życiu codziennym starożytnych egipskich kupców, żeglarzy i wszystkich prowadzących wówczas swoją własną działalność. Cóż bowiem bardziej pomagać mogło w prowadzeniu księgowości niż mobilna, trwała i dająca się wielokrotnie używać gliniana tabliczka o rozmiarach od 10 do 25 centymetrów?

Znając firmę Apple od lat, badając tworzone na Macintosha powieści hipertekstowe, wynosząc niemal pod niebiosa applowe podejście do designu i dbałość o sensualne wrażenia użytkownika, przypuszczać można, że nie zapowiedziany jeszcze iPad będzie strzałem w dziesiątkę. Spory sukces można mu wróżyć w świecie akademickim: widok dzisiejszych sal wykładowych, gdzie wykładowca przemawia do kilkudziesięciu ukrytych za monitorami swoich wielkich laptopów studentów, jest już nie tyle komiczny, co irytujący. Czy zatem nadchodzi czas formatu tabliczkowego? Wygodnych, elektronicznych super-książek, które możemy nie tylko komfortowo czytać, ale i w komforcie tworzyć?

Chyba jednak nie do końca. Po pierwsze – urządzenie, którym w ciągu najbliższych miesięcy pochwali się Apple nie będzie stosowało energooszczędnej, przyjaznej dla oczu technologii e-ink. Po drugie Steve Jobs nie lubi książek i w książki, jako znaczące nośniki kulturowych treści, nie wierzy. Na szczęście żyjemy w świecie, gdzie – jak śpiewał niegdyś młodziutki zespół Depeche Mode – the grabbing hands grab what they can, everything counts in large amounts. Jeden album w sklepie iTunes kosztuje 10 dolarów. Elektroniczna wersja bestsellera lub jeden artykuł naukowy w innych sklepach także kosztują 10 dolarów. Żarłoczne prawa rynku i ciągły przymus przypodobania się udziałowcom zadziałać mogą na naszą, czytających i piszących, korzyść.