Elektroblog - techsty i okolice

Literatura i nowe media, hipertekst, cybertekst i sztuka interaktywna.

Książki bez stron - era iPada

Filed under: Hipertekst, książki, techsty — Mariusz at 9:43 am on Thursday, March 11, 2010

Wśród szumu i zgiełku jako unosi się nad iPadem Apple’a trudno o głos umiarkowania. Tym milej czyta się słowa, które w swojej trzeźwości i dalekowzroczności przerastają nawet oczekiwania piewców e-booków. Dostarcza nam ich esej Books in the Age of iPad poświęcony technicznym i kulturowym konsekwencjom iPada dla świata książki i dla przekazu literackiego w ogóle. Jego autor - Craig Mod (pseudonim ?) swoje spostrzeżenia wspiera długoletnim doświadczeniem w tworzeniu książek artystycznych.

Craig przez większa cześć minionej dekady badał granice papierowego przekazu. Zakochany w zapachu i fakturze zadrukowanych kartek, a jednocześnie w kapryśnym, trudno dającym się schwytać pomiędzy tradycyjną obwolutę tekście, Tworzył z jednej strony liberaturę - książki wyzwalające się z tradycyjnych, drukarskich konwencji, a z drugiej - książki piękne, doprowadzające gutenbergowski paradygmat do kresu artystycznych możliwości.

iPad - według autora eseju - niesie większy potencjał dla przekazu literackiego niż najbardziej wyzwolona, wyrafinowana książka:

Uwielbiałem proces tworzenia pięknych książek drukowanych. Uwielbiałem skończoność gotowego produktu. Uwielbiałem piekielnie seksowną dotykowość tych małych cegiełek papieru i tuszu. Ale powiem wam otwarcie: ekscytacja, jaką czuję na myśl o iPadzie jako twórca treści, projektant książek i wydawca jest równie wielka.

Według Craiga Moda wraz z iPadem mamy szansę na platformę do konsumowania bogatej w treść formy cyfrowej i jednocześnie ciekawszej treści drukowanej.

Aby zrozumieć co czyni iPad tak interesującym Mod systematycznie wyjaśnia w jaki sposób doszliśmy do sytuacji, w której się obecnie znajdujemy, i która umieszcza iPad na głównym skrzyżowaniu dążeń do bogatszej, ciekawszej treści.
Wyjaśnienia swoje twórca eseju kieruje do autorów i wydawców, projektantów, typografów i innych rzemieślników Gutenberga.

Wbrew pozorom nie ma tutaj obwieszczania śmierci książki. Wręcz przeciwnie. Tym, czym się wraz z epoką iPada pozbywamy, jest tanio, brzydko i szybko wydane czytadło, które kupujemy na jednym lotnisku i zostawiamy na drugim, które czytamy na plaży i w toalecie. Tym co zyskujemy, jest wydawanie drukiem książek, które naprawdę są tego warte i swoje istnienie w formie papierowej potrafią mocno uzasadnić.

W kolejnej części swego autor przechodzi do konkretów. I tu zaczyna się jeszcze bardziej fascynująca, brawurowa argumentacja. Mod pokazuje jak iPad zmienia sposób komponowania, składania, segmentowania treści. A czyni to do tego stopnia, iż zmianie ulec muszą nasze podstawowe rozumienie tego, czym jest książka. Dla przykładu - koncepcja strony jako jednostki przekazu w medium książkowym traci rację bytu na iPadzie. Zamiast przewracania stron możemy przecież przesuwać się po panoramie tekstu (załączony obrazek). Czy mówienie książce wciąż jeszcze ma sens?

Najistotniejsze w tym wystąpieniu jest to, iż wszystkie jego rozpoznania są w gruncie rzeczy bardzo dobrymi wiadomościami dla wydawców książek. Na dziś i na przyszłoć. Wygrają ci, którzy są w stanie tę subtelność dostrzec.

Esej Books in the Age of Print wyłowił z sieci i podesłał mi Andrzej Pająk

Szept słowa i obrazu

Filed under: sztuka nielinearna, techsty — Mariusz at 1:11 am on Wednesday, December 23, 2009

Grafiki Jakuba Niedzieli można czytać i odcyfrowywać jak wyłowione z dna morza księgi, ale można też po prostu oglądać, jak kojące dla oka obrazy. Ich siła polega na tym, iż mało co zostaje tutaj pokazane lub powiedziane do końca, urwany obraz wskazuje na słowo, to z kolei, niknąc pod warstwą farby lub tuszu, na powrót zwraca nas w stronę obrazu.

Oglądać czy czytać? Od której strony i w jakiej kolejności? Szukać znaczeń czy rekonstruować obrazy, pytam spoglądając na hybrydyczne palimpsesty Niedzieli. I nawet Roland Barthes ze swoim Obrazem i tekstem nie jest w stanie wiele mi podpowiedzieć. Czy słowa dopełniają tu obraz czy na odwrót? Młody polski grafik nie wybiera żadnej z tych dwóch opcji. Pióro czy pędzel, cyfrowe czy znalezione, traktowane są tu na równych prawach.

W Contemplez ma larme słowa stają się malarską materią, którą rozkłada się przestrzennie, sugerując wiele kierunków odbioru. Urywany, a jednak tworzący sensowne sekwencje tekst, biegnie wzdłuż po gałęziach zawsze ledwo sugerowanych organicznych elementów i współgra z nimi do tego stopnia, iż zdaje się zakwitać. Tuż obok przebiega po obwódce oka, tworząc zadziwiający swą naturalnością makijaż. Relacje między słowem a kształtem są rozmyte w sposób daleki od sztuczności, jedno przenika drugie, by za chwilę pojawić się w odmienionej już postaci. Gdzie indziej związki te przybierają postać bardziej dramatyczną, kolażową, gdzie łagodną linię zestawia się z jaskrawą kropką, a stempel tuszu zderza z wyciętą z gazety literą, gdzie warstwa pisma odręcznego nakłada się na warstwę drukowaną a pędzel zamazuje pióro lub na odwrót. Dramatyzm takich zestawień jest jednak zawsze łagodny, to retoryczny szept a nie krzyk obrazu.

Przenikające się układy tekstowych i graficznych ready-made, na które nakładają się ręcznie i cyfrowo nanoszone ingerencje (cóż tu jest jednak materią pierwotną a co wtórną?) obserwować można także w kolejnych pracach Niedzieli: Noir sur Blanc, Episodes of navigation oraz The map of expectations. Wszystkie one łączy motyw szachownicy, która w ostatnich dwóch przykładach zaczyna dominować, kontrastując z subtelnościami i mglistościami tła i automatycznie zwiększając głębię całości. W konsekwencji jeszcze dłużej niż w Contemplez ma larme możemy “kontemplować: ich ikoniczno-tekstową zawartość.

Każdy obraz, przypomina Barthes, jest z natury nielinearny, zawiera serię nieciągłych znaków, których przekaz może się rozpoczynać i kończyć w dowolnym miejscu. Wprowadzanie w obraz słów, w sposób w jaki czyni to Niedziela, przywołuje literacką linearność, by ją urywać i zwielokrotniać. Dodaje to kolejne poziomy znaczeń w tej wielopiętrowej konstrukcji.

Grafiki Jakuba Niedzieli można czytać i odcyfrowywać jak wyłowione z dna morza księgi, ale można też po prostu oglądać, jak kojące dla oka obrazy. Ich siła polega na tym, iż mało co zostaje tutaj pokazane lub powiedziane do końca, urwany obraz wskazuje na słowo, to z kolei, niknąc pod warstwą farby lub tuszu, na powrót zwraca nas w stronę obrazu. Słowo dalekie jest tu od przypisywanej mu represyjności, kiedy to samą swą obecnością w obrazie zabarwia pole percepcji widza i kieruje jego interpretacją. Niedziela przełamuje te reguły uzyskując rzadko spotykany cenny balans tych dwóch żywiołów.

Prace tego artysty oglądać można na stronach deviantART, ostatnio Jakub Niedziela opublikował też w sieci swoją malarską, cyfrową księgę Luminalchemist’s Diary.

eClicto - pamiętajmy o pryncypiach

Filed under: techsty, wydarzenia — Mariusz at 11:56 am on Wednesday, December 9, 2009

To jest książka do czytania - bronili się twórcy polskiej wersji czytnika e-książek eClicto na konferencji prasowej tuż przed premierą urządzenia. Chodzi o pytania typu: czy można zaznaczać tekst czytanej książki, czy można wyszukiwać tekst w obrębie książki, czy da się na eClicto odczytać teksty w formatach .txt (czyli naszych zwykłych notatek) czy .html, dlaczego nie ma połączenia z siecią, dlaczego jeśli kupiłem już książkę na jednym czytniku, nie mogę jej przesłać na eClicto oraz serię innych pytań dotyczących podstawowych właściwości tekstu cyfrowego: tego iż działa on na zasadzie bazy danych i sieci, iż jest dynamiczny, modularny, otwarty na modyfikację itp. itd.

Otóż nie. Czytnik e-książek, oraz sama e-książka NIE JEST KSIĄŻKĄ. I tu właśnie tkwi sedno sprawy i sedno każdego dobrego biznezplanu rozbudowanego wokół e-czytnika. Niestety większość producentów kurczowo trzyma się dziecinnej idei imitacji druku jako nośnika literackiej treści. Cyfrowa rewolucja, proces zderzania się tekstu z e-tekstem, odbyła się jakieś dwie dekady temu. Już wtedy zauważono też proces nazywany remediacją: przechodzenie jednego medium w drugie, synergię najlepszych cech tego starego i tego nowego. Dziś na nowo odkrywamy koło i wydaje się nam, że im bardziej e-tekst naśladuje tekst tym lepiej. Przy jednoczesnym okrajaniu podstawowych dobrodziejstw druku, takich jak przyzwoity i przyjazny dla oka format. Tekstowi e-książki odczytywanej w eClicto brakuje kilku dobrych centymetrów do formatu najmniejszego paperbacku (vide photo). Czyli stawką w tej grze jest tylko i wyłącznie ILOŚĆ, że na malutkim ekranie tego urządzenia da się czytać tysiąc a nie jedną książkę?

Tekst w objęciach eClicto udawać będzie zatem, że jest tekstem drukowanym przy jednoczesnym dziwacznym przykurczu, zbyt skromnym spuszczaniu głowy i poważnej amnezji, gdzie w niepamięć odszedł cały potencjał tekstu elektronicznego, o którym uczeni w piśmie debatują od lat. Proponuję poczekać, aż ów okaleczony e-tekst zostanie cudownie uzdrowiony i dumnie wypręży pierś. Kiedy? To już chyba mniej ważne.

O szczegółach dotyczących eClicto, jego ceny, księgarni do której urządzenie to jest przypisane mówić będzie się w najbliższych dniach często, choćby tutaj. O pryncypiach - prawdopodobnie niewiele. Stąd też dzisiejsze tu trzy grosze. I choć już po Andrzejkach, dość łatwo wywróżyć można z nich przyszłość czytnika za …. 950 złotych.

Póki co - proponuję pomarzyć o czytniku za złotówkę.

e-polonistyka 2

Filed under: techsty — Mariusz at 11:05 am on Thursday, December 3, 2009

W Lublinie rozpoczyna się konferencja e-polonistyka 2. KUL, pod względem dostępności obrad dla wszystkich zainteresowanych, znów okazuje się być very cool. telewizja internetowa iTTv transmitować będzie całość wystąpień i dyskusji. Ma być także możliwość zadawania pytań przez oglądających. Oto link do stron transmisji: http://www.ittv.pl/epolonistyka2/ . Natomiast program konferencji znajduje się tutaj. Spotkanie e-dydaktyków, e-literatów i e-teoretyków potrwa do 4 grudnia.

Pierwszą konferencję e-polonistyka śledziło w internecie około 4 tysiące osób.

Update: Jeszcze jeden link do streamingu, dla tych, którzy mają problem z odbiorem przekazu z pierwszego z linków: http://www.kul.lublin.pl/art_3679.html . U mnie wszystko działa.

Pochwała (wiecznego) dziewictwa

Filed under: przechadzki — Mariusz at 8:45 pm on Saturday, November 21, 2009

Pseudoreligijny nonsens z wampirzymi kłami w tle - tak o “New Moon” - nowej filmowej odsłonie sagi Stephanie Meyer pisze recenzent Evening Standard, dając filmowi dwie gwiazdki. I choć gazeta prosta, zwykła, popołudniowa, puenta recenzji wydaje się w równym stopniu trafna jak i głęboka. Jej autor, Andrew O’Hagan, zauważa, że choć główna bohaterka Bella na początku filmu kończy osiemnaście lat, a w trakcie filmu widzimy jak upływa kolejnych kilka pór roku, to seks jako element młodzieńczych relacji pomiędzy bohaterami uznawany jest za najstraszniejszą rzecz jaka może się tu wydarzyć. Abstynencja seksualna z kolei - w filozofii całej wampirzej sagi i przed oczami milionów widzów - jawi się jako coś, co czyni z ludzi…. dobrych ludzi.

Ostrze krytyki chyba jednak nie do końca słusznie O’Hagan kieruje w stronę autorki, pisząc - i to już naprawdę poniżej pasa - że jej opowieści są tak mormońskie, jak ona sama. Skazywanie pięknych, dorosłych już ludzi na wieczne niespełnienie swoich seksualnych pragnień może być motywowane religijnie. Jednak najciekawsze jest to, iż owa “mormońska” filozofia spodobała się tylu milionom nastolatek i ich mam. Któż zatem na miejscu pisarki rezygnowałby z dziewictwa Belli, jako czynnika generującego fabularne zawieszenie, skoro przynosi ono takie zyski? Lekcje z “Przyjemności tekstu” Rolanda Barthesa i prawideł fabulacji wyłożonych w opowieściach Szeherezady wg Johna Bartha odrobione zostały przez Meyer wzorowo.

Nad bestsellerową wampirzą serią unosi się duch czasu. Znajdujemy się dziś chyba najdalej od hippisowskiej idei wolnej miłości od czasów Reagana, Thatcher i Jaruzelskiego. W tym samym numerze Evening Standard Martin Amis, promując książkę “A pregnant widow”, której bohaterką jest jego przedwcześnie zmarła siostra Sally, obwinia za jej śmierć właśnie rewolucję dzieci kwiatów. “Chyba tylko Talibowie byliby ją w stanie ocalić” - mówi Amis, syn jednego z najsłynniejszych hippisów.

Czyżby nadeszła nowa epoka wiktoriańska?

Nowe prace grupy Oulipo

Filed under: sztuka generatywna, sztuka nielinearna, techsty — Mariusz at 7:20 pm on Sunday, October 25, 2009

Trzynaście nowych, nie publikowanych wcześniej poza Francją prac autorów grupy Oulipo ukazało się w 22 numerze serii wydawniczej McSweeney (San Francisco, Londyn). Związane magnetycznym grzbietem trzy tomy serii trafiły właśnie na biurko redakcji Techstów. W tomie wypełnionym przez oulipowców znalazły się lipogramy Harry’ego Mathewsa, Iana Monka i Oliviera Salon. Są też teksty oparte na legendarnej już formule N+7 (Francois Caradec) a także utwory oparte na nowych recepturach algorytmicznych. Przykładem choćby krótki tekst “Korespondencja” Jacquesa Roubauda, złożony z trzech listów, których treść generowana jest przez doprowadzający do zawrotów głowy, tajemniczy algorytm. Oto początek listu nr 1:

Otrzymałem właśnie Twój ostatni list i bezzwłocznie odpisuję. Pytałeś, czy otrzymałem Twój ostatni list i czy zamierzam nań odpisać. Pozwól mi zatem uściślić, że jeśli po otrzymaniu twojego ostatniego listu, Twój poprzedni list nie jest już ostatni i jeśli odpisuję, co czynię teraz, to nie odpisuję na list otrzymany przed tym ostatnim [tłum. M.P].

I tak dalej, i tak dalej. Innym nowym przykładem literatury opartej na regułach jest “Landscape Monostiches” Jacquesa Joueta, horyzontalnie rozpostarty - jak przystało na wiersz “krajobrazowy” - na dwóch sąsiadujących ze sobą stronach.

Pod każdym z zamieszczonych tu utworów wyczuwa się niewidoczne, nałożone na siebie mechanizmy, których tylko część ujawniana jest czytelnikowi w krótkich przedmowach. Całość raz jeszcze udowadnia, że potencjał Grupy Literatury Potencjalnej, po niemal 50 latach od jej powstania, wcale się nie wyczerpał. Gdzie źródło tej świeżości? Przyczyn jest wiele. O jednej z nich wspomina w przedmowie wydawca. Otóż jednym z założeń artystycznych grupy, skierowanych do każdego z twórców, jest prosta wskazówka, by w towarzystwie innych pozostać sobą.

The State of Constraint: New Work by Oulipo. McSweeney’s Quarterly Concern Issue 22 (Three Books Held Within By Magnets). San Francisco, London.

Apple “przedefiniuje druk” ?

Filed under: Hipertekst, edukacja 2.0, książki, techsty — Mariusz at 4:36 pm on Friday, October 9, 2009

Od “nikt już dziś nie czyta” do “przedefiniowania druku”. Nie istniejący tablet Apple’a i sztuczna rewolucja w czytaniu na ekranie.

Firma Apple, która w pierwszym kwartale przyszłego roku pokazać ma światu swoje nowe przenośne urządzenie - 10 calowy “tablet”, skontaktowała się niedawno z wydawcami poważnych amerykańskich dzienników oraz wydawców książek edukacyjnych - donoszą serwisy Gizmodo i AppleInsider. Rozmowy dotyczyły udostępnienia zawartości owych wydawnictw na platformie iTunes. New York Times oraz książki wydawnictw McGraw Hill i Oberlin Press miałyby być potem dostępne na przenośnych urządzeniach Apple’a. Celem jest dostarczenie czytelnikowi nie tylko cyfrowej wersji tekstu, ale całego multimedialnego pakietu, gdzie statyczny wygląd cyfrowej strony wzbogacony byłby o dźwięk, interaktywną grafkę i wideo. Pakiet taki już teraz okrzyknięty został “treścią nowej generacji”. Ma ona być bardziej nowoczesna i przełomowa niż w czytniku Kindle, z jego dość statycznym, czarno białym sposobem prezentacji książki czy czasopisma. Wyprzedzić ma też ona technologie, które zadebiutują już po premierze tableta Apple’a, takie jak przygotowywany przez Microsoft czytnik Courier. Źródła AppleInsidera mówią wręcz o tym, iż Apple zamierza pójść “daleko poza” koncepcję e-readera by “przedefiniować druk”.

Osobą, która nowemu urządzeniu Apple’a poświęca każdą chwilę jest, według doniesień, nie kto inny niż sam Steve Jobs, który jeszcze niedawno dyskredytował czytnik Amazona, twierdząc iż w dzisiejszych czasach mało kto czyta. Warto zatem zadać sobie pytanie coż się w miedzyczasie stało, że Jobs zmienił zdanie? Czy rzeczywiście je zmienił? Na czym polegać ma owe “przedefiniowanie” druku w umysłach masowej publiczności?

Do przedefiniowania druku, czyli do zjawiska, któremu poświęcona jest lwia część pisma Techsty, tworzonego przez wielu autorów od kilku ładnych lat, doszło według nas dawno temu, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, gdy na ekranach komputerów osobistych pojawił się hipertekst. Na początku hipertekstowa struktura pojawiła się w postaci tekstowych gier przygodowych i materiałów edukacyjnych, później - w formie powieści hipertekstowych, a na końcu w postaci śmiało wkraczającego w cyfrowe życie Internetu.

Wydaje się zatem, że przedefiniowywanie druku przez Apple będzie kolejną sztuczną rewolucją, otwieraniem otwartych drzwi, ale w inny, głośniejszy i estetycznie bardziej ponętny sposób. Według mnie jednak nie będzie to służyć książce rozumianej jako tradycyjny przekaz literacki. Ani też przekazowi w postaci wielolinearnego hipertekstu. Sugerują to już informatorzy Applensidera mówiąc o wyjściu “daleko poza e-readery”. Steve Jobs prawdopodobnie nie zmienił zdania i wciąż utrzymuje, że czytanie jest passe. Czy zatem rewolucyjność tabletu Apple’a polegać będzie na tym, że tekst zostanie skondensowny do koniecznego minimum, by ustąpić miejsca zawartości ruchomej, dźwięcznej i kolorowej ? Okaże się wkrótce.

Na szczęście konkurencja nie śpi. A im jej więcej, tym lepiej dla czytelnika. Kindle zawitał właśnie do Polski. W tym tygodniu Fijitsu i Archos wypuściły na rynek dwa urządzenia typu tablet, Microsoft szykuje swojego Couriera, a wydawcy książek już teraz spotykają się by raz jeszcze, wspólnie, obmyśleć strategię jak zarobić na e-bookach w dobie pojawiających się jak grzyby po deszczu tabletów. A zwykły, prosty czytelnik przygląda się na razie temu wszystkiemu mantrując po cichu: “e-booka za 5 złotych poproszę”…..

Więcej o roli, jaką tzw. Tablet PC odegrać może w przyszłości książki - w tym oto artykule z New York Timesa.

Gliniana tabliczka naszych czasów?

Filed under: narzędzia twĂłrcze, techsty — Mariusz at 12:59 am on Wednesday, August 19, 2009

Krążące pogłoski o nowym mini laptopie firmy Apple (mówi się o nim Tablet, iPad, Macbook Touch) prowokują pytanie: czy długo wyczekiwane urządzenie okaże się kolejnym czarnym koniem nie tylko na rynku popularnych netbooków ale też w domenie czytników e-książek ?

Dziecięciocalowy, posiadajacy wirtualną klawiaturę i dotykowy system operacyjny Tablet to na pozór nic innego niż dwu, lub trzy krotnie większy Pod Touch lub iPhone. Jednak właśnie sam rozmiar, wraz z dopracowaną w najmniejszym detalu ergonomią użytkowania, przesądzić mogą o sukcesie urządzenia. Może się okazać ono idealnym polem pisma: cyfrowym, przenośnym pulpitem do czytania i do pisania. Funkcji tej nie pełnią dziś ani zbyt mały iPhone, ani dziesiątki modeli netbooków, ani też zbyt nieporęczne laptopy z ich nieodłącznym, dwudzielnym układem klawiatura-ekran, ani nawet czytnik Kindle Amazona, na którym nie da się pisać tekstów dłuższych niż lista zakupów.

Najbardziej bliską idei tableta [przyp. tablet to po angielsku tabliczka], bliższą nawet niż Kindle, jest stary jak świat sumeryjski wynalazek glinianej tabliczki. Była ona najbardziej długowiecznym nośnikiem zapisu, stosowanym już w starożytnej Mezopotamii, mykeńskiej Krecie jak i w starożytnym Egipcie. Nawet po wynalezieniu papirusu gliniana tabliczka była w Egipcie w powszechnym użyciu jako medium dużo bardziej poręczne, trwałe i wielorazowego użytku. Niezwykła elastyczność nośnika polegała na tym, że poddana dwóm żywiołom - ogniu albo wodzie - zapisana na tabliczce treść mogła być albo utrwalona albo zmazana. Wypalenie zapisanej treści utrwalało ją, zamoczenie - usuwało. Stąd ogromna popularność tabliczek w życiu codziennym starożytnych egipskich kupców, żeglarzy i wszystkich prowadzących wówczas swoją własną działalność. Cóż bowiem bardziej pomagać mogło w prowadzeniu księgowości niż mobilna, trwała i dająca się wielokrotnie używać gliniana tabliczka o rozmiarach od 10 do 25 centymetrów?

Znając firmę Apple od lat, badając tworzone na Macintosha powieści hipertekstowe, wynosząc niemal pod niebiosa applowe podejście do designu i dbałość o sensualne wrażenia użytkownika, przypuszczać można, że nie zapowiedziany jeszcze iPad będzie strzałem w dziesiątkę. Spory sukces można mu wróżyć w świecie akademickim: widok dzisiejszych sal wykładowych, gdzie wykładowca przemawia do kilkudziesięciu ukrytych za monitorami swoich wielkich laptopów studentów, jest już nie tyle komiczny, co irytujący. Czy zatem nadchodzi czas formatu tabliczkowego? Wygodnych, elektronicznych super-książek, które możemy nie tylko komfortowo czytać, ale i w komforcie tworzyć?

Chyba jednak nie do końca. Po pierwsze - urządzenie, którym w ciągu najbliższych miesięcy pochwali się Apple nie będzie stosowało energooszczędnej, przyjaznej dla oczu technologii e-ink. Po drugie Steve Jobs nie lubi książek i w książki, jako znaczące nośniki kulturowych treści, nie wierzy. Na szczęście żyjemy w świecie, gdzie - jak śpiewał niegdyś młodziutki zespół Depeche Mode - the grabbing hands grab what they can, everything counts in large amounts. Jeden album w sklepie iTunes kosztuje 10 dolarów. Elektroniczna wersja bestsellera lub jeden artykuł naukowy w innych sklepach także kosztują 10 dolarów. Żarłoczne prawa rynku i ciągły przymus przypodobania się udziałowcom zadziałać mogą na naszą, czytających i piszących, korzyść.

Hipertekstowy Czerwony Kapturek

Filed under: Hipertekst, sztuka nielinearna, techsty — Mariusz at 5:33 pm on Thursday, July 23, 2009

Czerwony Kapturek jest niemożliwy w formie hipertekstu - głosił niegdyś w Bibliotece Aleksandryjskiej Umberto Eco. Wystąpienie autora “Dzieła Otwartego” w sprawie przyszłości książki, do którego doszło przed pięciu laty, wciąż zasługuje na wnikliwą uwagę, nawet tych, którzy nie szczędzą włoskiemu uczonemu słów krytyki jeśli chodzi o jego rozpoznania w dziedzinie literatury elektronicznej.

Refleksję o hipertekście i przyszłości książki Eco rozpoczyna od ciekawego rozróżnienia na system i tekst. Wtargnięcie na scenę kulturową systemów hipertekstowych, które automatyzują referencyjność zasobów wiedzy, a tekże języka, każe przewidywać dość rychłą śmierć tradycyjnych słowników, encyklopedii i podręczników. Eco nie specjalnie nad tym faktem boleje; przyjmuje go wręcz z ulgą podając za przykład pełne fizycznego wysiłku peregrynacje od hasła do hasła w dwudziestotomowej encyklopedii Britanica, którym hipertekst kładzie kres.

Gramatyka, słowniki, oraz encyklopedie to systemy. Poprzez używanie ich możemy produkować tyle tekstów ile nam się podoba - pisze Eco. I hipertekst, jako system, jest tu pomocnym narzędziem.

Jeśli jednak chodzi o hipertekstowy tekst, rozumiany jako pojedyncze, postrzegane jako zamknięta całość dzieło to…Umberto Eco traktuje całe zjawisko niemal jak oksymoron. I tłumaczy:

Tekst sam w sobie nigdy nie jest językowym czy encyklopedycznym systemem. Każdy tekst redukuje nieskończone możliwości systemu do zamkniętego uniwersum. Jeśli na przykład złożę zdanie “Dziś rano jadłem na śniadanie….”, to słownik pozwoli mi na wymienienie wielu rzeczy, które dadzą się strawić. Lecz ja ułożę owe zdanie w sposób określony: “Dziś rano jadłem na śniadanie chleb z masłem”, przez co wykluczam ser, kawior, pastrami czy jabłka. Tekst kastruje wielość możliwości systemu. “Opowieści tysiąca i jednej nocy” mogą być interpretowane na wiele sposobów, ale rzecz dzieje się na Bliskim Wschodzie, a nie we Włoszech, i mowa jest o przygodach Ali Baby czy też Szeherezady, a nie o kapitanie pragnącym złowić białego walenia, czy o toskańskim poecie odwiedzającym Piekło, Czyściec i Raj.

Znamienne jest przejście z rozważań o systemie językowym do refleksji o dziełach jako skończonych i zamkniętych całościach, oczywiście w kontekście hipertekstu. Dla Eco bowiem, hipertekst w zderzeniu z takimi dziełami oznacza [zbędne] dodawanie do nich czegoś, czym one nie są. Czyli chodzi mu o działalność otwierającą tekst na inne teksty poprzez wprowadzenie hiperłącz do potencjalnie każdego słowa:

W “Czerwonym Kapturku” wilk może być połączony tylko z tymi fragmentami, w których się pojawia, lub w których się o nim wspomina. Seria możliwych linków jest ograniczona i skończone. W jaki zatem hipertekstualne strategie byłyby w stanie “otworzyć” skończony i ograniczony tekst?

Według mnie wilka w “Czerwonym Kapturku” można połączyć z czymkolwiek, byle by miało to sensowny wydźwięk dla całości pojedynczej lekturowej sesji. Skąd pomysł na limitowanie możliwych połączeń? Czy Eco nie myli tutaj referencyjności słownikowej z artystyczną? Być może. A jedyną wymienianą przez niego “strategią hipertekstową” jest działalność kolaboracyjna, kiedy to na gotowy tekst wielu czytelników nanosi własne odnogi, komentarze, ciągi dalsze. Owszem, hipertekstowe systemy dają takie możliwości, ale nie są one immanentną cechą hipertekstowego sposobu opowiadania. Ten ostatni można przedstawić z zupełnie odwrotnej strony, jako żywioł redukcjonistyczny. Czerwony Kapturek pocięty na kawałki i połączony na nowo w różny, niespodziewany sposób, będzie najpewniej dziełem krótszym niż oryginał (pozbycie się koniecznej w opowiadaniu liniowym “waty fabularnej”) ale o spotęgowanym potencjale znaczeniowym, wynikającym ze zmieniających się sekwencji lekturowych.

Raz jeszcze, wychodząc od ciekawego uogólnienia [poręczne rozróżnienie na system i tekst, Eco mija się z prawdą co do szczegółu, nad którym nie ma pewnie ochoty się pochylić. Przykład odnajdziemy już w samym wystąpieniu aleksandryjskim, kiedy mówiąc o przykładach papierowych tekstów otwartych, jednego z ich autorów, Marca Saportę, Eco nazywa Maxem Saportą.

Klasyczna sztuka hipertekstu powraca!

Filed under: Hipertekst, edukacja 2.0, sztuka interaktywna, techsty — Mariusz at 12:17 am on Monday, June 8, 2009

Tworzona w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych cyfrowa sztuka słowa nie zginie, wbrew wcześniejszym, elegijnym wypowiedziom na Elektroblogu. Dostępne, choć na 100 procent działające od dość niedawna, emulatory takie jak Basilisk i - przede wszystkim - SheepShaver, rozwiązują problem. Dla przypomnienia: obecne systemy operacyjne nie wspierają już plików stworzonych i odczytywanych w pierwszych powszechnie używanych interfejsach komputerów osobistych, czyli w systemach Apple Macintosh [Os Classic 6, 7, 8, 9]. Ze względów oczywistych, choć głupich [historyczna konkurencja], nie czyni tego Microsoft ze swoim Windows. Największym szokiem była rezygnacja ze wspierania powszechnie używanego do 2002 roku OS Classic przez samego Apple’a. Najnowszy system Leopard przestał odczytywać aplikacje stworzone na przed tą datą. W konsekwencji, przełomowe i pionierskie dla rozwoju sztuki cyfrowej projekty artystów takich jak Eduardo Kac, John Cayley czy Michael Joyce, wrzucone zostały do lamusa. Aby je zobaczyć, przeczytać a nie daj boże studiować, konieczne było zdobycie oryginalnego, starego sprzętu Macintosha, choć przez jakiś czas można było liczyć na korzystanie z trybu Classic w przedostatnim systemie Apple’a - Tiger. Jednak na jak długo?

Dziś sytuacja nie wygląda tak tragicznie. Wraz z emulatorami takimi jak Sheepshaver, można nawet powiedzieć, że wkraczamy w nową epokę, gdzie nic, co zostało stworzone na ekranie komputera nie przepadnie wraz z postępem techniki. Innymi słowy: “żegnaj determinizmie technologiczny” - wyśpiewuje cyfrowa humanistyka…

A oto przykład: dołączony do tego wpisu obrazek to fragment zrzutu ekranu na pulpit komputera Apple’a z systemem Leopard. W części czarno białej znajduje się fragment emulowanego pulpitu z systemem OS 9 Classic. W otwartym oknie widać gotowe do otwarcia powieści hipertekstowe oraz przykłady poezji cyfrowej stworzone między rokiem 1986 a 2003 w programach Hypercard i Storyspace. Aby do tego doszło, musiałem spędzić trochę czasu na przymiarkach, kilka wieczorów na próbach, z dwie noce w falach frustracji oraz jeden poranek w blasku olśnień i epifanii. Ostatecznie zatem udało się i polecam wybranie się szlakiem emulatorów wszystkim, którym dawna sztuka ekranu leży na sercu.

Najbardziej rewolucyjnym, przewrotowym faktem jest jednak to, iż SheepShaver pozwala na emulowanie starego Macintosha także pod Windowsem. Do tej pory funkcję tę, w sposób boleśnie połowiczny, spełniał program Basilisk, który pozwala na emulację Macintosha pod Windowsem od systemu 7.5, co jest dużym ograniczeniem, zatrzymuje nas bowiem na początku lat 90-tych. SheepShaver zmienia tę sytuację radykalnie i daje nam w prezencie całą minioną dekadę….Co do Windows Vista, tutaj nie jest zbyt ciekawie i wydaje się, że okryty niesławą system nie jest łaskawy także dla SheepShaver’a. Być może zmieni się to wraz z Windows 7.

Next Page »
 
Gazeta Literacka - remiks literackich stron internetowych