Elektroblog - techsty i okolice

Literatura i nowe media, hipertekst, cybertekst i sztuka interaktywna.

Glitche i barbarzyńcy

Filed under: narzę™dzia twórcze — Mariusz at 9:27 pm on Wednesday, April 18, 2012

Ta uciekająca przez knieje pół-naga, uzbrojona postać to barbarzyńca - czołowy bohater mającej się ukazać w połowie maja gry Diablo III wytwórni Blizzard. Pochylona i “czmyhająca” - postura “Barba” jest nader znamienna. Otóż widzimy go w chwili ucieczki na nieoficjalne, nie dostępne w obecnej wersji beta rejony długo oczekiwanej gry. Odblokowane one zostały przez grupę fanów-hakerów, pilnie śledzących każdą łatę do beta (tzw. data-mining każdego patcha) w poszukiwaniu dziur i słabości Diablo, w której trzecią odsłonę gra się już nie stacjonarnie, na komputerze domowym, lecz tylko i wyłącznie na serwerach Blizzarda, zmuszającego nas, byśmy byli non-stop online. Granie w trybie online, a zatem zapisywanie stanu rozgrywki, postępu naszego bohatera na odległych serwerach administrowanych przez Blizzard, wręcza twórcom gier niespotykaną dotąd kontrolę nad eksplorowanym i indywidualizowanym przez gracza świecie. Producet gry, bez pytania gracza, może teraz zmieniać, uaktualniać i udoskonalać wirtualny świat.

W tym kontekście, atak hakerski, który dostarczył społeczności beta nie lada frajdy i emocji (niektórzy testerzy już od września eksplorują wciąż te same przestrzenie pierwszej części aktu pierwszego (!) wydaje się całkiem nieszkodliwym, wręcz sympatycznym “rewanżem” losu oraz - przy okazji - ostrzeżeniem dla coraz bardziej popularnego lokalizowania najcięższych gier online. Do podobnej konsternacji, kiedy to fanom daje się więcej niż to planowane doszło kilka godzin temu: beta gry, dotąd zamknięte i rozdawane niewielu szczęśliwcom, najczęściej pod warunkiem niewolniczej pracy promocyjnej na portalach społecznościowych, okazało się nagle zupełnie otwarte. Każdy, kto wszedł na portal i serwery battle.net mógł przemierzać pierwszy akt gry bez przeszkód i za darmo. Oczywiście, po dwóch godzinach Blizzard wyłączył swoje serwery, by - jak ogłoszono - rozwiązać “pewien problem”….

Umieszczanie gry online ma też swoje inne plusy. Pozwala zawiesić okrutne prawo Moore. W Diablo III będzie dało się grać na dość starych, jeśli nei antycznych, kartach graficznych, wyprodukowanych nawet w 2006 roku: wymagania sprzętowe nie są wygórowane.

Dotykowy i intymny: o Schemacie w Bunkrze

Filed under: Hipertekst, książki, sztuka nielinearna — Mariusz at 10:34 pm on Wednesday, December 7, 2011

Spotkanie w krakowskim Bunkrze Sztuki, poświęcone związkom refleksji i prozy Micheala Joyce’a z Czesławem Miłoszem i związkom hipertekstu literackiego z “księgą różności”, które przez pierwszą godzinę prowadziłem sam, potoczyło się w jeszcze ciekawszym kierunku, gdy przeszliśmy do jego drugiej, nie wszędzie zapowiadanej części: spotkania ze Schematem Konrada Polaka. Szczęśliwe się złożyło, że krakowskim czytelnikom mogła pokazać się trójka osób zaangażowanych w ten projekt i która go - jako powieść hipertekstową na smartfona - w różnym stopniu współtworzyła. Czym jest Schemat dla Piotra Mareckiego, wydawcy i pomysłodawcy formuły smartfonowej, który od tygodnia jeździ po Polsce, pokazując powieść na spotkaniach publicznych i prywatnych. Czym jest Schemat dla projektanta hipertekstowego i web-designera. Czym w końcu jest ta powieść dla autora, Konrada Polaka.

Autor stawiał akcent na przygodę, jaką niosą z sobą linki spajające ze sobą cząstki przeplatających się opowieści, empatyzując z czytelnikiem, zachęcał go do gry, do zabawy w rozgałęziające się ścieżki i ? w duchu miłoszowskim -do szukania powiązań, mówił także o tym, jak hipertekstowa formuła pozwoliła po powiązać z sobą partie surowego materiału, których nie podejrzewał o powinowactwa. Wprowadzał też w atmosferę powieści anegdotami z jej powstawania, kiedy to czasem celowo nastawiał sobie budzik okrutne, nocne godziny, by spisywać sny…

Wydawca z kolei podkreślał wyjątkowość i nowość sytuacji lekturowej w przypadku powieści na smartfona: kiepsko się ją czyta na ekranie komputera, za to w dłoniach i pod palcami czytelnika tekst dostosowuje się do wielkości ekranu, zaprasza do dotyku, sprzyja lekturze wręcz intymnej. Czyta się go na osobości, lekturom publicznym wersja smartfonowa nie sprzyja. Schemat, jak się okazuje, potrafi też szokować samym faktem, że jako aplikacja na smartfony, dostępny jest za darmo.

A mnie w zasadzie, po wcześniejszym wystąpieniu na temat Schematu, pozostało słuchanie tych uwag i uczenie się od kolegów innych spojrzeń na tę samą rzecz. Krakowską publiczność zelektryzowała idea ukrytej, piątej ścieżki tekstu: linii korespondencyjnej, która z założenia jest otwartym, niedokończonym i rozrastającym się pasmem tego utworu, zainaugurowanym przez korespondencję autora z redaktorem, ale mogącym pomieścić urywki recenzji, głosów czytelników, zapisów audio i wideo, a nawet pustych ekranów, jak sobie wyobraża nie tylko autor, redaktor czy wydawca, ale jak widzą to także czytelnicy. I tak się stanie: ukryta linia korespondencyjna, do której prowadzić będzie tylko jeden link w powieści, jest dynamiczną, wciąż wydłużającą się odnogą tekstu, która sama już teraz zaczyna się rozgałęziać?.

Zapraszam do Schematu!

Mariusz Pisarski, Michael Joyce, Czesław Miłosz i hipertekst! Post-gutenbergowskie nadzieje sylwy współczesnej + spotkanie ze Schematem Konrada Polaka (Marecki, Pisarski, Polak), z cyklu Przestrzeń Kultury, Bunkier Sztuki 7.12.2011

Tajne komplety z “popołudniem”

Filed under: Hipertekst, cybertekst, narzę™dzia twórcze, sztuka nielinearna, techsty — Mariusz at 9:52 pm on Friday, November 18, 2011

“Umówmy się popołudniu, na pewną historię”, zapraszała Korporacja Ha!art, z Dorotą Sikorą i Piotrem Mareckim na czele, do Wrocławia, na warsztaty z powieścią hipertekstową Michaela Joyce’a. Impreza we Wrocławiu, jak donoszą najświeższe e-telegramy, udała się wybornie: clue programu okazało się składanie własnego hipertekstu z kolorowych klocków, które Dorota “ukradła” swojej córeczce i rozdała zaintrygowanej publiczności. Z kolei Piotr Marecki zaprezentował wrocławskim fanom cyfrowej awangardy najnowszy zbiór tekstów o e-literaturze Hiperteksty literackie. Literatura i nowe media (o Joycie, Americe, Moulthropie, Shelley, Malloy, Szczerbowskim, Nowakowskim i Shutym piszą m.in Wójtowicz, Dawidek Gryglicka, Branny-Jankowska, Pawlicka, Przybyszewska). Więcej o spotkaniu z “popołudniem, pewną historią” w klubie Tajne Komplety w nadchodzących relacjach w Wywrocie i “Polonistyce”. Wrocławskim organizatorom, w imieniu Ha!artu i Techstów, gorąco dziękujemy.

Kolejne prezentacje hipertekstowych sposobów opowiadania historii- w Poznaniu (czwartek 24.11) i Krakowie (środa 7.12)

SKŁADAKI

Filed under: książki, sztuka interaktywna, sztuka nielinearna, techsty — Mariusz at 4:22 pm on Friday, October 21, 2011

“SKŁADAKI”, najnowszy projekt Małgorzaty Dawidek Gryglickiej, sytuuje znajomą nam artystkę raz jeszcze w polu sztuki nielinearnej, kombinatorycznej, sztuki światów możliwych. Pokazywana w Muzeum Współczesnym we Wrocławiu wystawa 40 białych kubików z literami na sześciu bokach ma na celu stworzenie pola “komunikacji możliwej” ponad językami narodowymi. Chodzi zatem o poszukiwanie wspólnych korzeni językowych: greckich i łacińskich. W praktyce Gryglicka Dawidek zaprasza do zabawy w przestawianie kubików i do swobodnej gry językowej. Wystawa jest zatem konfigurowalna i partycypacyjna, nawet jeszcze bardziej niż hipertekst w przestrzeni Krótka historia przypadku Szczegółów jeszcze nie znam, ale zapowiada się naprawdę ciekawie. Polecam!

Szczegóły: “SKŁADAKI”, wersja europejska, 2011
Muzeum Współczesne Wrocław, 21.10.2011. 18.00
pl. Strzegomski 2a, 53-681 Wrocław
Pon. 10.00 - 18.00, Wt. zamknięte, Śr.-Nd. 12.00–20.00
cykl: Ă PROPOS

Metafory i alegorie hipertekstu

Filed under: Hipertekst, cybertekst, sztuka nielinearna — Mariusz at 1:59 pm on Thursday, September 8, 2011

popołudnie, pewna historia, ekran początkowy w wersji polskiejFabuła popołudnia, pewnej historii Michaela Joyce’a zogniskowana jest na jednym wydarzeniu. Jest nim wypadek samochodowy, o którym czytelnik niemal nic nie wie na początku, lecz - niczym w powieści detektywistycznej i kryminalnej - dowiaduje się w trakcie czytania.

Co ciekawe, osnową innego popularnego przed laty hipertekstu, I have said nothing Jane Yellowlees Douglas, jest również wypadek samochodowy. Ponadto, o wypadku czytamy w brawurowo napisanej sekwencji macluhanowskiej w Hegiroskopie Stuarta Moulthropa. Wydaje się, że samochodowa tragedia urasta do jednego z ulubionych motywów pisarzy hipertekstów.

Dzieje się tak nie bez przyczyny: wypadek samochodowy, coś co zdarza się nagle i czemu towarzyszy zderzenie, jest bardzo plastyczną metonimią aktywności czytelnika w hipertekście: elementy tekstu są rozsypane po sieci a przechodzenie po nich, poprzez uruchomienie linku, jest nagłe i potrafi być przeskokiem o mniejszym lub większym zgrzycie. Przeskok ten może zderzać ze sobą rożne postacie, narracje, czasoprzestrzenie, światy. Jedną z najbardziej plastycznych ilustracji tego procesu jest właśnie wypadek samochodowy. Czy istnieją jeszcze inne figury nadające się do zobrazowania procesów, jakim podlega zdynamizowany i usieciowiony tekst?

O metaforach, metonimiach i alegoriach obecnych w hipertekstowych narracjach mówiłem w tym roku podczas swojego wystąpienia na konferencji ACM Hypertext w Eindhoven, przy okazji prezentacji artykułu “Nowe fabuły dla hipertekstu…”. Sam artykuł o takich figurach narracyjncyh ledwo wspominał, w prezentacji na żywo poświęciłem im nieco więcej czasu, ale temat nie jest bynajmniej wyczerpany i aż prosi się o osobną rozprawę.

Oprócz wypadku warte wymienienia, i najbardziej oczywiste, są opowieść drogi, rozstania-powroty oraz opowieść o powstaniu i upadku (wariant figury rozstań i powrotów). Wyobraźmy sobie opowieść o parze autostopowiczów, którzy wybierają się na poszukiwanie przygód na gęstej sieci zachodnioeuropejskich autostrad. Nagłe przypadki i spotkania, zboczenia z wytyczonej trasy i powroty na nią w naturalny sposób opisują również lekturę hipertekstu. Skorzystanie z takiego motywu fabularnego wydaje się gwarantować, że dzieło będzie jednocześnie alegorią swojej własnej lektury. Innym przykładem, podanym przeze mnie w Eindhoven i który spotkał się tam z dużym oddźwiękiem, jest opowieść o mieście, które ustawicznie - na przestrzeni dziejów - walczy o swą niezależność i przetrwanie, targane jest powstaniami i ich upadkami.
Arcyprzykładem jest Warszawa. Fabuła opisująca dzieje kilku pokoleń warszawiaków, kiedy to każde pokolenie ma swoje własne powstanie i własną klęskę, świetnie wpasowuje się nie tylko w formę hipertekstu, z jego pętlami, cyklami i powtórzeniami, ale też w szczególną ekonomię lektury tekstu w sieci. Scena, w której główny bohater żegna się z rodziną wychodząc na bitwę, jeśli umiejętnie ją skomponować, może być wykorzystana kilka razy niezależnie od tego, czy bohater wychodzi na barykady (Powstanie Styczniowe), do okopu (Powstanie Warszawskie) czy na demonstrację (PRL). Hipertekst pozwala na to, by taką pojedynczą scenę, i wiele jej podobnych, redystrybuować w różnych, zmieniających się kontekstach.

Mam nadzieję, że czytelnicze dyskusje, do jakich będzie dochodzić podczas promocji i prezentacji popołudnia, pewnej historii nadchodzącej jesieni, przebiją się przez kwestie niedogodności interfesju czytania na ekranie czy “odwieczny” szok nowości hipertekstu i zmierzać będą w choćby tego typu, a zatem ciut bardziej owocnych, kierunkach…

Światy możliwe

Filed under: Hipertekst, sztuka nielinearna, wydarzenia — Mariusz at 4:38 pm on Thursday, July 7, 2011

popołudnie, pewna historia (afternoon, a story), ekran początkowy w wersji pod WindowsPonowne formułowania tych samych myśli potrafi być odświeżające. Na portalu Ha!art pojawiła się właśnie zapowiedź popołudnia, pewnej historii. Są tam dwa fragmenty, które mówią o czymś, co wiedziałem, ale wyrażają to ciut inaczej, i chyba dużo trafniej:

Czy Peter spowodował tragiczny wypadek? Kto zginął? Czy rzeczywiście każdy sypia tutaj z każdym? Istotą hipertekstowego eksperymentu Michaela Joyce’a jest to, że odpowiedzi na te pytania może być tyle, ilu czytelników

Czytając popołudnie nie musimy na siłę rekonstruować pojedynczej historii. Wbrew przeciwnie, hipertekst Joyce’a odżegnuje swoich czytelników od zero-jedynkowego wyniku lektury i jasno określonego końca. Wielowariantowość obecna jest tu zarówno na poziomie dyskursu (sjuzet) jak i na poziomie wydarzeń (fabula). Innymi słowy opowiada się tu na wiele sposobów nie jedną, lecz kilka konkurujących ze sobą historii. Większość powieści hipertekstowych, czy będą to przykłady prozy sieciowej, jak Sunshine 69 czy Hegiroskop, czy szereg powieści ze stajni Storyspace, zatrzymuje się na tym pierwszym etapie: rozgałęzienia i wariantowość dotykają sposobu opowiadania, a nie opowiadanej historii. W tym sensie popołudnie, pewna historia to swego rodzaju turbo-hipertekst, choć utwory takie jak Victory Garden Stuarta Moulthropa czy I Have Said Nothing Jane Yellowlees Douglas nie zapominają o linkach warunkowych, które są motorem tej wielopoziomowej wariantowości. Perspektywa światów możliwych wydaje się najciekawszą, z jakiej można na Popołudnie patrzeć. Choć jeśli ktoś naprawdę chce znać “prawdziwą” wersję wydarzeń, powieść nie odmówi mu dowodów, które wesprą tę czy inną koncepcję prawdziwości. Wciąż jednak będzie ich…kilka.

Drugą kwestią, podkreśloną w zapowiedzi Ha!artu, są związki z Polską autora popołudnia:

ta ważna pozycja wyszła spod rąk autora, który przyznaje się do polskich korzeni kulturowych. Michael Joyce wychował się w Buffalo, wśród polskiej emigracji powojennej, która naznaczyła jego pierwsze fascynacje miłosne i literackie. “Wychowałem się na Mickiewiczu i Miłoszu” - przyznaje Joyce

To dość niecodzienne, by amerykański pisarz dobrowolnie ubiegał się o polską legitymację literacką. Niemniej jednak wątek polski nieustannie przewija się w naszej nieczęstej, choć ciągnącej się przez pięć lat, korespondencji z autorem. Warto ten fakt, przy okazji polskiej premiery popołudnia, podkreślać. Będziemy też go chcieli, w ramach Ha!artu, dopowiedzieć.

Popołudnie, pewna historia (afternoon, a story), wersja Windows, ekran tekstu z menu pokazującym historię lektury Pojawiające się przy okazji zapowiedzi popołudnia ilustracje, które z jednej strony ukazują oryginalny macintoshowy wygląd powieści, a z drugiej odwołującą się do niej wersję polską, wskazywałyby na niepełny obraz bez uwzględnienia interfejsów wersji na system Windows. Wersja windowsowa ujrzała światło dzienne w połowie lat 90 i na dobre spopularyzowała powieść Joyce’a. Zamieszczam tutaj dwa zrzuty ekranowe popołudnia z tego wydania. Było one bogatsze i udostępniało czytelnikowi więcej oglądów całości niż minimalistyczna wersja oryginalna. W polskie wersji przeglądarkowej zdecydowaliśmy się pożyć od wersji na Windows historię odwiedzonych stron. Menu z listą odwiedzonych stron posiada też przycisk “wyczyść historię”. Jego naciśnięcie sprawia, że zaczynamy lekturę, nawet będąc w jej środku, od fazy tabula rasa. Ta eksperymentalna funkcja przynieść może czytelnikom jeszcze więcej frajdy i zarazem frustracji (np. może się okazać, że zostaliśmy zapętleni pomiędzy dwoma powtarzającymi się nawzajem leksjami, a wyjście z pętli możliwe jest tylko wtedy, gdy odwiedzimy jedną ze stron, które właśnie “wyczyściliśmy”).

Seksowne statystyki “Popołudnia”

Filed under: Hipertekst, cybertekst, sztuka nielinearna, wydarzenia — Mariusz at 11:46 pm on Saturday, July 2, 2011

popołudnie, pewna historia (afternoon, a story), Tinderbox - program Eastgate SystemsGdy analizuje się powieść tak złożoną jak popołudnie, pewna historia Michaela Joyce’a, nie sposób nie sięgnąć po godne takiej samej złożoności narzędzia. popołudnie to kilkaset segmentów tekstu połączonych ze sobą tak, że po pierwsze czyta się je w rożnych kolejnościach, a po drugie kolejność ta zależy od tego, co przeczytaliśmy wcześniej. W trakcie tłumaczenia, redakcji, a nawet podczas żmudnej pracy nad odtwarzaniem mechaniki powieści w nowych warunkach wersji polskiej (przeglądarka www zamiast stacjonarnego programu do czytania hipertekstów) następstwo nie gra najważniejszej roli, podobnie jak hierarchia ważności poszczególnych fragmentów. Zaczynają być one kluczowe w fazie ostatniej, gdy gotowy projekt poddaje się testowaniu. Które z segmentów popołudnia wchodzą w potencjalne sekwencje fabularne częściej niż inne? Do jakich segmentów, czy inaczej leksji, czytelnik dostanie się z dużym, a do jakich z małym prawdopodobieństwem? Odpowiedź na te pytania podsuwa ważne wskazówki dla tłumacza, redaktora i programisty. Leksje kluczowe wyznaczają rytm lektury, wytwarzają wzorce hipertekstu, odsłaniają strukturę całości i ewokują narracyjną metaforę (np. ogrodu, labiryntu, pętli). Nie można zatem nie pochylić się nad najdrobniejszym szczegółem w warstwie kodu, zawartości i warstwie prezentacyjnej takiego segmentu.

W wyłowieniu kluczowych miejsc narracji pomógł mi, podobnie jak w całej pracy nad polską wersją powieści afternoon, a story, program Tinderbox. Jego agenty, czyli programowalne kweredy, które zgrupowują w jednym miejscu fragmenty tekstu spełniające zadane przez nas kryteria, wyśmienicie i w jednym rzucie ukazują poszukiwane, cenne dane. Na załączonym obrazku znajduje się stworzona w Tinderboxie “tablica rozdzielcza”, na której informacje o leksjach Popołudnia, w oryginalnej wersji, prezentowane są w formie list i diagramów. Najważniejszymi w tym zadaniu atrybutami są inboundLinkCount oraz outboundLinkCount, czyli liczba linków wchodzących i wychodzących z danej leksji, którą Tinderbox pozwala prześledzić i przetworzyć. Do leksji zatytułowanej “speak memory” trafia aż 10 linków, lecz wychodzi się z niej już tylko w dwa miejsca. Przyglądając się zebranym przez agenty danym, możemy stworzyć, na własne potrzeby, kategorię power lexia, czyli fragementu o najwyższym współczynniku linków przychodzących i (lub)wychodzących. Można też odszukać leksje, które - choć trudno w to uwierzyć - nie są połączone z niczym i nie sposób do nich dotrzeć inaczej niż poprzez na wpoły hakerskie przetrzebianie katalogu powieści (czy znajdą się i tacy czytelnicy? Nie wątpię, sam się do nich zaliczam!). Tego typu fragmenty nazywam “leksjami sekretnymi”. Wykresy w słupkach, widoczne nad listą leksji i ich połączeń, pokazują z kolei liczbę słów w segmentach kluczowych. Niektóre z nich zawierają tylko jedno zdanie (słupek bliski zera), inne dochodzą do słów trzystu, trudno zatem o regułę. Tinderbox potrafi też w zgrabny sposób pokazać nam chmurę najczęściej pojawiających się słów, która zwieńcza zaprezentowane statystyki. Jako narzędzie wyrosłe ze Storyspace, programu, w którym popołudnie pierwotnie powstało (pierwsze, oficjalne wydanie w roku 1990), Tinderbox spisuje się niezwykle dzielnie. To bogate w możliwości narzędzie do analizy tekstualnej nie jest też pozbawione wizualnego powabu. Czyż te dane nie wyglądają seksownie?

popołudnie, pewna historia, powieść Michaela Joyce’a w tłumaczeniu Radosława Nowakowskiego i opracowaniu hipertekstowym Mariusza Pisarskiego ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa Korporacja Ha!art.

Brno: w nastroju post-digital

Filed under: narzę™dzia twórcze — Mariusz at 9:01 am on Friday, May 6, 2011

Festiwal Multiplace trwa. Sufferrosa, Techsty, poezja cybernetyczna i teoria cybertekstu prezentowane były wczoraj w Brnie. Świetnym podsumowaniem wieczoru w Miejskim Domu Kultury był performance brneńskiego duetu młodych artystów, którzy w ciekawy sposób, w godzinnym, improwizowanym spektaklu dźwiękowych i wizualnych meta-zabiegów podsumowali 30 lat rozwoju sztuki D-IY w demoludach, video-artu, demosceny i poezji generatywnej. O pomysłach Vaclava Pelouška będziemy jeszcze pisać. Póki co - zamieszczamy małe zdjęcie.

Prezentacje w Słowackiej Akademii Nauk

Filed under: wydarzenia — Mariusz at 1:11 pm on Monday, May 2, 2011

Andrzej Pająk, który w ostatniej chwili musiał zrezygnować z wyjazdu do Bratysławy (operacja wyrostka), i którego nawet nie uwzględniliśmy w naszej zapowiedzi festiwalu Multiplace, powraca do stolicy Słowacji w tele-postaci. W środę w południe w Instytucie Literatur Obcych Słowackiej Akademii Nauk Andrzej przedstawi, via Skype, historię literatury generatywnej i elektronicznej, począwszy od starożytności poprzez światowy i polski Barok, a skończywszy na “Miazdze” Jerzego Andrzejewskiego.

Tuż po wystąpieniu Pająka odbędzie się wykład Mariusza Pisarskiego poświęcony strategiom artystycznym w nowych mediach i polskiej poezji cybernetycznej.

Serdecznie zapraszamy, Instytut znajduje się przy ulicy Konventná 13. Natomiast wieczorny, polski blok na festiwalu Multilplace rozpocznie się o 18.00 w A4. Wystąpią Bromboszcz, Marcinkowski, Pisarski i Podgórni.

Interakcja u źrodeł: książki dla dzieci

Filed under: cybertekst, książki, protohiperteksty, sztuka nielinearna — Mariusz at 4:41 pm on Thursday, April 21, 2011

Korzenie interaktywnej książki rozchodzą się w wielu kierunkach. Jednym z najbardziej przemilczanych, zwłaszcza jeśli chodzi o profesjonalną krytykę literacką, jest dziedzictwo literatury dziecięcej. Tymczasem gdzie indziej, jeśli nie tam, szukać książek, które wymagają od czytelnika aktywnej współpracy i odwołują się do wielu zmysłów na raz. New York Times Books, przy okazji recenzji książki dla dzieci “Press here” Arthura Geiserta, przypomina o długoletniej tradycji książek typu “lift-the-flap”, które zachęcają dziecko do odkrywania tekstu lub obrazku pod tekturowym okienkiem. Taka praktyka czytania świetnie sprzyja fabułom-zgadywankom, narracjom wykorzystującym elementy zabawy, na przykład w chowanego (przykładowy tytuł to “Hide and seek Pig”). Inną tradycję wyznacza “Pat the Bunny” z 1940 roku. Stworzona przez Dorothy Kunhardt, znaną autorkę książek dla dzieci, “Pat the Bunny” była czymś więcej niż tekstem i ilustracją na papierze. Tytułowego królika można było na jednej stronie dotknąć, pocierając o materiał podobny do króliczej sierści, na kolejnej stronie znajdowało się lusterko, a na jeszcze innej kawałek papieru ściernego, który oznaczać miał “szorstką twarz tatusia” (Wikipedia.org). Książka Kunhard otwiera nurt książek “touch-and-feel”, które wprzęgały w proces wytwarzania znaczeń materiał multisensoryczny. Odtąd książka nie cieszyła już tylko wzroku i węchu (tak wychwalany przez orędowników tradycyjnej książki i przeciwników e-literatury), ale też zmysł dotyku, później też słuchu. A wszystko to długo przed komputerami.

“Pat the Bunny” to dzisiaj już nie tylko książka, ale cały franchise, utrzymany w duchu konwergencji mediów: możną ją czytać także jako aplikacja na iPhone’a i iPada.

Next Page »
 
Gazeta Literacka - remiks literackich stron internetowych