Apple „przedefiniuje druk” ?

Od „nikt już dziś nie czyta” do „przedefiniowania druku”. Nie istniejący tablet Apple’a i sztuczna rewolucja w czytaniu na ekranie.

Firma Apple, która w pierwszym kwartale przyszłego roku pokazać ma światu swoje nowe przenośne urządzenie – 10 calowy „tablet”, skontaktowała się niedawno z wydawcami poważnych amerykańskich dzienników oraz wydawców książek edukacyjnych – donoszą serwisy Gizmodo i AppleInsider. Rozmowy dotyczyły udostępnienia zawartości owych wydawnictw na platformie iTunes. New York Times oraz książki wydawnictw McGraw Hill i Oberlin Press miałyby być potem dostępne na przenośnych urządzeniach Apple’a. Celem jest dostarczenie czytelnikowi nie tylko cyfrowej wersji tekstu, ale całego multimedialnego pakietu, gdzie statyczny wygląd cyfrowej strony wzbogacony byłby o dźwięk, interaktywną grafkę i wideo. Pakiet taki już teraz okrzyknięty został „treścią nowej generacji”. Ma ona być bardziej nowoczesna i przełomowa niż w czytniku Kindle, z jego dość statycznym, czarno białym sposobem prezentacji książki czy czasopisma. Wyprzedzić ma też ona technologie, które zadebiutują już po premierze tableta Apple’a, takie jak przygotowywany przez Microsoft czytnik Courier. Źródła AppleInsidera mówią wręcz o tym, iż Apple zamierza pójść „daleko poza” koncepcję e-readera by „przedefiniować druk”.

Osobą, która nowemu urządzeniu Apple’a poświęca każdą chwilę jest, według doniesień, nie kto inny niż sam Steve Jobs, który jeszcze niedawno dyskredytował czytnik Amazona, twierdząc iż w dzisiejszych czasach mało kto czyta. Warto zatem zadać sobie pytanie coż się w miedzyczasie stało, że Jobs zmienił zdanie? Czy rzeczywiście je zmienił? Na czym polegać ma owe „przedefiniowanie” druku w umysłach masowej publiczności?

Do przedefiniowania druku, czyli do zjawiska, któremu poświęcona jest lwia część pisma Techsty, tworzonego przez wielu autorów od kilku ładnych lat, doszło według nas dawno temu, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, gdy na ekranach komputerów osobistych pojawił się hipertekst. Na początku hipertekstowa struktura pojawiła się w postaci tekstowych gier przygodowych i materiałów edukacyjnych, później – w formie powieści hipertekstowych, a na końcu w postaci śmiało wkraczającego w cyfrowe życie Internetu.

Wydaje się zatem, że przedefiniowywanie druku przez Apple będzie kolejną sztuczną rewolucją, otwieraniem otwartych drzwi, ale w inny, głośniejszy i estetycznie bardziej ponętny sposób. Według mnie jednak nie będzie to służyć książce rozumianej jako tradycyjny przekaz literacki. Ani też przekazowi w postaci wielolinearnego hipertekstu. Sugerują to już informatorzy Applensidera mówiąc o wyjściu „daleko poza e-readery”. Steve Jobs prawdopodobnie nie zmienił zdania i wciąż utrzymuje, że czytanie jest passe. Czy zatem rewolucyjność tabletu Apple’a polegać będzie na tym, że tekst zostanie skondensowny do koniecznego minimum, by ustąpić miejsca zawartości ruchomej, dźwięcznej i kolorowej ? Okaże się wkrótce.

Na szczęście konkurencja nie śpi. A im jej więcej, tym lepiej dla czytelnika. Kindle zawitał właśnie do Polski. W tym tygodniu Fijitsu i Archos wypuściły na rynek dwa urządzenia typu tablet, Microsoft szykuje swojego Couriera, a wydawcy książek już teraz spotykają się by raz jeszcze, wspólnie, obmyśleć strategię jak zarobić na e-bookach w dobie pojawiających się jak grzyby po deszczu tabletów. A zwykły, prosty czytelnik przygląda się na razie temu wszystkiemu mantrując po cichu: „e-booka za 5 złotych poproszę”…..

Więcej o roli, jaką tzw. Tablet PC odegrać może w przyszłości książki – w tym oto artykule z New York Timesa.

Klasyczna sztuka hipertekstu powraca!

Tworzona w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych cyfrowa sztuka słowa nie zginie, wbrew wcześniejszym, elegijnym wypowiedziom na Elektroblogu. Dostępne, choć na 100 procent działające od dość niedawna, emulatory takie jak Basilisk i – przede wszystkim – SheepShaver, rozwiązują problem. Dla przypomnienia: obecne systemy operacyjne nie wspierają już plików stworzonych i odczytywanych w pierwszych powszechnie używanych interfejsach komputerów osobistych, czyli w systemach Apple Macintosh [Os Classic 6, 7, 8, 9]. Ze względów oczywistych, choć głupich [historyczna konkurencja], nie czyni tego Microsoft ze swoim Windows. Największym szokiem była rezygnacja ze wspierania powszechnie używanego do 2002 roku OS Classic przez samego Apple’a. Najnowszy system Leopard przestał odczytywać aplikacje stworzone na przed tą datą. W konsekwencji, przełomowe i pionierskie dla rozwoju sztuki cyfrowej projekty artystów takich jak Eduardo Kac, John Cayley czy Michael Joyce, wrzucone zostały do lamusa. Aby je zobaczyć, przeczytać a nie daj boże studiować, konieczne było zdobycie oryginalnego, starego sprzętu Macintosha, choć przez jakiś czas można było liczyć na korzystanie z trybu Classic w przedostatnim systemie Apple’a – Tiger. Jednak na jak długo?

Dziś sytuacja nie wygląda tak tragicznie. Wraz z emulatorami takimi jak Sheepshaver, można nawet powiedzieć, że wkraczamy w nową epokę, gdzie nic, co zostało stworzone na ekranie komputera nie przepadnie wraz z postępem techniki. Innymi słowy: „żegnaj determinizmie technologiczny” – wyśpiewuje cyfrowa humanistyka…

A oto przykład: dołączony do tego wpisu obrazek to fragment zrzutu ekranu na pulpit komputera Apple’a z systemem Leopard. W części czarno białej znajduje się fragment emulowanego pulpitu z systemem OS 9 Classic. W otwartym oknie widać gotowe do otwarcia powieści hipertekstowe oraz przykłady poezji cyfrowej stworzone między rokiem 1986 a 2003 w programach Hypercard i Storyspace. Aby do tego doszło, musiałem spędzić trochę czasu na przymiarkach, kilka wieczorów na próbach, z dwie noce w falach frustracji oraz jeden poranek w blasku olśnień i epifanii. Ostatecznie zatem udało się i polecam wybranie się szlakiem emulatorów wszystkim, którym dawna sztuka ekranu leży na sercu.

Najbardziej rewolucyjnym, przewrotowym faktem jest jednak to, iż SheepShaver pozwala na emulowanie starego Macintosha także pod Windowsem. Do tej pory funkcję tę, w sposób boleśnie połowiczny, spełniał program Basilisk, który pozwala na emulację Macintosha pod Windowsem od systemu 7.5, co jest dużym ograniczeniem, zatrzymuje nas bowiem na początku lat 90-tych. SheepShaver zmienia tę sytuację radykalnie i daje nam w prezencie całą minioną dekadę….Co do Windows Vista, tutaj nie jest zbyt ciekawie i wydaje się, że okryty niesławą system nie jest łaskawy także dla SheepShaver’a. Być może zmieni się to wraz z Windows 7.

Kultura Popularna – nowy numer

„O ewolucji net.artu w dobie YouTube i telefonów wideo” – mój artykuł z roboczym podtytułem „jak być artystą (nie tylko) internetowym według Marka Ameriki” ukazał się właśnie w najnowszym (1/08) numerze „Kultury Popularnej”. Drukowane pismo wydaje Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej w Warszawie, a jego redaktorem jest Wiesław Godzic. Redakcja pisma (m.in Barbara Giza, Mirosław Filiciak, Mateusz Halawa) nie polega tylko na sobie, lecz – wierna idei kultury 2.0 (niektórzy z redaktorów to współautorzy wpływowego blogu) – angażuje dziennikarzy obywatelskich, osoby które mają coś ciekawego do powiedzenia na blogach i prowadzonych przez siebie serwisach internetowych. Taka otwartość może tylko przynościć korzyści.

Pierwszy, tegoroczny numer „Kultury Popularnej” otwiera ankieta o kulturze 2.0 oraz blok poświęcony harvardzkiemu profesorowi Yochai Benklerowi, autorowi książki „The Wealth of Networks„, a w dalszej części między innymi Wojciech Józef Burszta o ksenogamiczności studiów kulturowych, Marta Klimowicz o naszej.klasie i znany czytelnikom Techstów Grzegorz Stunża o edukacji 2.0. Polecamy!

Ĺťywe mapy hipertekstu

J.Nathan Matias umieścił właśnie w sieci hipertekstową wersję swojego wykładu Tragedy in Electronic Literature. Dzięki programowi Spatial Hypertext Publisher Matias udostępnia czytelnikom mapę całego wykładu, z przestrzenną wizualizacją poszczególnych segmentów wystąpienia, linkami do zawartości multimedialnej i do slajdów. Klikamy na zamieszczony na mapie prostokąt, pojawia się tekst z jego zawartością oraz listą linków prowadzących do i od czytanego fragmentu. Ponadto mapę takę można przybliżać i oddalać.

Wykład Nathana Matiasa przygotowany został w programie Tinderbox, który do tej pory nie dawał łatwo przekładać swoich przestrzennych możliwości na warunki sieciowe. Jego Spatial Hypertext Publisher przełamuje ten impas. Przykład: napisałem w Tinderboxie i opublikowałem artukuł Redefinicje hipertekstu. Z czytelnikami mogłem się podzielić jedynie nieinteraktywnym ekranowym zrzutem z mapy mojego hipertekstowego eseju. Mapa Matiasa nie jest już plikiem .jpg ale aktywną aplikacją sieciową, która wprowadza Tinderbox w nową epokę. Na dodatek angielski badacz hipertekstu wyśmienicie wykorzystał swoją dynamiczną mapę w trakcie wykładu. Udostępnił on ją swoim studentom, którzy na bieżąco mogli śledzić tok myślowy wykładowcy, odniesienia historyczne i kulturowe do każdego z fragmentów wykładu, a także oglądać zlinkowane z materialami wykładowymi materiały filmowe. Oczywiście każdy ze studentów musiał mieć dostęp do podłączony do sieci komputera.

Niestety Spatial Hypertext Publisher działa tylko z programem Tinderbox i nie pozwala, jak byśmy być może chcieli, na tworzenie własnych map hipertekstowych online, co stanowiłoby rozbudowaną, bardziej hipertekstową wersję aplikacji MindMeister, z której korzysta redakcja Techstów. A Tinderbox to program, za który musimy zapłacić 200 dolarów i działa on niestety tylko pod platformą Mac OS X.

Chętni, którzy zapalą się do idei żywej mapy hipertekstu mogą jedakże wypróbować Spatial Hypertext Publisher ściągając demo programu Tinderbox ze stron Eastgate Systems.

Biblioteki w „Second Life”

Info Island – wirtualna biblioteka w „Second Life” doczekała się bardzo ciekawej, polskiej recenzji na blogu Biblioteka 2.0. Stanowiska informacyjne, wyposażone nie tylko wirtualne ekrany dotykowe, ale w awatary bibliotekarzy, którzy – jak rozumiem – mogą z nami podsykutować na temat poszukiwanych książek, Kącik Porad Czytelniczych, plakaty informujące o wydarzeniach kulturalnych w bibliotekach rzeczywistych, które przystąpiły do projektu Info Island – to tylko niektóre z atrakcji tego przedsięwzięcia.

Agnieszka Koszowska, autorka relacji z pobytu w bibliotece Info Island ( i większości wpisów na blogu Biblioteka 2.0) wspomina też o pomyśle zorganizowania w „Second Life” konferencji polskich bibliotekoznawców. Niestety – jak można się domyślać – na razie do niej nie doszło, a wzmianki o polskich inicjatywach bibliotekoznawczych w „Second Life” spotykają się na razie z chłodnym oddzewem. Prawdopodobnie najlepszym pomysłem na początek jest wspomniane przez Koszowską nieformalne zebranie, na którym z chęcią sami się pojawimy.

„Second Life” już teraz przerosło chyba oczekiwania swoich twórców ( 9 milionów użytkowników). Ilość całkiem niebanalnych przedsięwzięć w wirtualnym świecie jest nieograniczona. Paul Sermon na konferencji Disruptive Narratives w Londynie, prezentował swoją własną galerię w „Second Life”. Projekty, które tam zamieścił są jak najbardziej oryginalne, i traktowane przez niego na równi z pracami, które prezentuje w realnych galeriach. Kwestia finansowa została podczas jego prezentacji przemilczana, jednak w kuluarach można się było dowiedzieć, że brytyjski artysta znalazł się w Second Life i zamieścił tam swoje prace dzięki sponsorom. Udało mu się także sprzedać kilka swoich instalacji w Second Life. A Linden dolar obowiązujący po drugiej stronie ekranu, jest walutą jak najbardziej wymienialną na rzeczywisty pieniądz. Obecność w Second Life nie kończy się zatem na aspekcie promocyjnym, jeśli już patrzymy na nią pod względem czysto utylitarnym (nie bacząc na aspekt społecznej i kulturalnej wymiany). Czy może istnieć lepsza zachęta do wejścia na „drugą stronę ekranu”? I to nie tylko dla bibliotekarzy, ale i artystów, kuratorów, i krytków?

Po długich, dość konserwatywnych w swej naturze, wahaniach (na które złożyła się też, bazująca na oczywistym micie, niechęć wobec „eskapizmu”) czas chyba, aby i Techsty pojawiły się w „Second Life”. A zatem – do zabaczenia wkrótce, na tropikalnej wyspie Literatury Cyfrowej – Techsty.

Miejmy tylko nadzieje, że ceny malutkich wysepek nie osiągnęły jeszcze nieprzyzwoitego pułapu….

goodbye wyborcza, hello iThink

Po tygodniach irytacji w końcu postanowiłem. Portal gazety wyborczej nie jest już moją stroną startową. Nużąca, jednostajna nuta tematyczna (wciąż te same seriale polityczne jako pożywka dla 90 procent informacji) to jeden problem. Portal internetowy to nie gazeta, o czym redakcja po prostu zapomina, a może nie wie. O pożegnaniu się z Wyborczą przesądziły jednak natrętne reklamy, które trudno wyłączyć, rodem z końca lat 90tych. Na stronach BBC i portali innych szanujących się wydawców tego typu zabiegi reklamowe od dawna nie są stosowane. Wyborcza postanowia jednak inaczej. Informatycy i designerzy pędzą wprzód (layout oparty na CSS, przestrzeganie standartów sieciowych, dbanie o podstawy usability). Dział promocji uparcie trzyma stery swego wehikułu czasu, myśląc, że jest rok 1997 i internauci mają frajdę oglądając animowane reklamy wyskakujące przed oczami jak Filip z Konopii. Atakowanie reklamami z tygodnia na tydzień staje się bardziej natarczywe, utrudnia czytanie infromacji, a czasem wręcz gwałci użytkownika przenosząc go na siłę na strony KIA czy innych konsumpcyjnych abstrakcji.

Wyborczą zamieniam na iThink.pl. Powstająca „oddolnie” zawartość portalu tworzonego wedle kolaboracyjnej filozofii web 2.0, jest dużo atrakcyjniejsza niż internetowa wersja najlepszego ponoć polskiego dziennika. Polska przez pryzmat iThink jest krajem ciekawszym, rożnorodnym, żyjącym nie tylko polityką, krajem ludzi inteligentnych, samodzielnie myślących, potrafiących wyrażać swoją opinię w stylu nie gorszym niż „profesjonalni” dziennikarze.

Przewracając kartki zabytków British Library

Diamentowa SutraPrzy opisywaniu fenomenów cyfrowych tekstów nie tylko trudno nie zahaczyć o Brittish Library, trudno także do niej nie powrócić. Dzięki sieciowej wersji projektu Turning The Pages każdy, nie ruszając się z domu, może powracać do Brittish Library w każej chwili.

„Turning the Pages” to przeniesienie cennych zabytków bibliotecznych na ekran i zaprezentowanie ich w atrakcyjnej formie dla użytkownika.
Po raz pierwszy zetknąłem się z tym projektem w Hannoverze, na targach Expo 2001, gdzie był główną atrakcją brytyjskiego pawilonu. Było to kilka ekranów dotykowych w solidnej obudowie, na których wyświetlano średniowieczne manuskrypty. Dotknięcie palcem brzegu prawej „karty” manuskryptu (recto) przenosiło użytkownika na następną stronę, a dotknięcie brzegu karty lewej (verso) do strony poprzedniej. Ogromną atrakcją była wówczas animacja, pojawiająca się w trakcie przekartowywania stron, a będąca sekwencją filmową ukazującą autentyczne przewracanie strony w manuskrypcie. Turning the Pages, jako połączenie tradycji z nowoczesną technologią, zdobyło wielkie uznanie na Expo, a mnie samego jeszcze bardziej zachęciło do wcielenia pomysłu techstów w życie.

Dziś oryginalne Turning the Pages oglądać można w holu głównym Brittish Library. Natomiast dla nas wszystkich, w każdej chwili, dostępna jest wersja sieciowa. Oprócz Diamentowej Sutry – najstarszej książki drukowanej na świecie średniowiecznych manuskryptów znajdują się tu bardziej współczesne białe kruki: rękopis Alicji w Krainie Czarów (zatytułowany jeszcze Alice’s Adventures Under Groud) ilustrowany przez samego Carolla, szkice Mozarta, czy najwcześniejsze wersje dzieł Jane Austin.

Lindisfarne GospelsProsty i przejrzysty Interfejs wszystkich tych prezentacji oparty jest na Flashu i posiada tylko kilka niezbędnych funkkcji: do przodu, do tyłu, „tekst” (wyświetlanie tekstu danej strony, b.ważne w przypadku bogato zdobionych manuskryptów), oraz bardzo efektowna funkcja „powiększ”. Efekt przewracanej kartki został zachowany aczkolwiek nie jest osiągany w tak prosty i intuicyjny sposób jak w oryginale.

Dla osób nie mogących korzystać z odtwarzaczy Adobe Flash, dostępne są wersje alternatywne, gdzie prezentacja osadzona jest w zwykłym htmlu. Dużym plusem tej opcji jest możliwość zapisania na włanym komputerze dobrej rozdzielczości zdjęć przeglądanych zabytków.

British Library na St.Pancras

Odwiedziłem British Library. Mimo iż sam budynek jest nowy, funkcjonuje od 7 lat, atmosfera miejsca i ogrom zbiorów dostarcza poczucia, że mamy do czynienia z Matką Bibliotek. Słynna stara czytelnia BL w British Museum jest archetypem bibliotek, bardzo borgesowskim, ze swym rotundowatym kształtem, szklaną kopułą, promieniście rozłożonymi ścieżkami pośród półek, jednak czytelnie na St. Pancras to najbardziej potrzebne każdemu czytelnikowi połączenie funkcjonalności z nowoczesnością i prędkością docierania do interesujących nas pozycji.

Przez kilka godzin przeglądałem zasoby elektroniczne: bibliotekę środkowoeuropejską (ceeol) z tekstami drugimi między innymi, oraz niezastąpiony Project Muse – chyba największy na świecie elektroniczny katalog czasopism humanistycznych, z całą ich zawartościa. Przeszukiwanie Muse to dużo bogatszy research niż ten który proponuje nam na codzień google czy scholar.google.

Sporym minusem korzystania z czytelniii British Library, wynikającym z obowiązku poszanowania praw autorskich, jest brak możliwości bezpośredniego kopiowania cytatów znalezionych w elektronicznych zasobach do własnego komputera. Plusem tej sytuacji jest wymuszona w ten sposób wstępna obróbka znalezionego materiału, zachęcająca do dodawania w locie własnych myśli do znalezionych cytatów. Z narzędziem takim jak Tinderbox pod ręką do burzy mózgu nie daleko.

Jeśli chodzi o zasoby: w katalogu BL znalazłem wsyztsko, czego szukałem. Zabraklo jedynie dwóch z trzech roczników Cybertext Yearbook, wydanych niskim nakładem na Uniwersytecie nw Yvaskylla. Podejrzewam jednak, że był to wybor wydawców tych niszowych tomów, by w Bibliotece znalazł się najbardziej reprezentacyjny z tomów.

W porównaniu polskimi bibliotekami, w których to wizytom nierzadko towarzyszyła frustracja (nie ma tego, nie ma tamtego, na to trzeba czekać trzy tygodnie)….nie ośmielę się porównywać.

Podsumowując: jeśli koniecznie potrzebujesz czterech, pięciu książek wydanych za granicą – kup je w amazon.com, wyniesie cię to około 60 funtów lub 80 euro. Jeśli natomiast potrzebujesz przejrzeć 40, 50 pozycji, to warto wybrać się do British Library, z biletem w obie strony do Londynu, dwoma trzema noclegami u znajomych z Polski, których każdy tu chyba obecnie ma, wyniesie to nie więcej niż 200 a dla super oszczędnych – 150 funtów, czyli coś między 200 a 250 euro.

W następnej przechadzce – o hipertekstach w londyńskich bibliotekach.