Film wyświetlony tekstem

Na niektórych stronach od pewnego czasu krąży link pewien link odsyłający do dość już archaicznego sposobu dostępu do Internetu, jakim był protokół Telnet. Ale nie to jest najważniejsze… Simon Jansen sukcesywnie konwertuje kolejne sceny sagi Star Wars do formy animacji ASCII, które można obejrzeć na stronie www.asciimation.co.nz. Jednak najciekawsza, bo przypominająca stare czasy tekstowych terminali, jest wersja poddana telnetifikacji przez Snore’a.

Oglądając tę produkcje mamy oczywiście świadomość, że jest ona zbudowana na kanwie filmu. Ale czym z punktu widzenia cybertekstów jest animacja ASCII? Kolejne sceny pojawiają się bez ingerencji użytkownika, zatem filmowy charakter zostaje utrzymany. Jednak każdy obraz przypomina komiks, tyle że wyglądający jak poezja wizualna, gdzie obraz zbudowany jest tekstem i na odwrót. W poszczególnych odsłonach pojawiają się jeszcze napisy – substytuty komiksowych dymków, które dają Lukowi, R2D2 i innym postaciom głos.

Na stronie Snore’a miłośnicy cybertekstów mogą też sprawdzić, jak działają boty takie jak obrosła legendą komputerowa terapeutka ELIZA (1966, wersja w Javie). Marvin, The Paranoid Android jest próbą emulacji androida z powieści Autostopem przez Galaktykę Douglasa Adamsa. Jego słownik jest połączeniem wypowiedzi z elizatalk, irc bota i bitchbota. Warto spróbować, zwłaszcza dziś kiedy gry na konsolach w Full HD wyglądają jak filmy (np. wyposażone w znakomite możliwości kreacji poziomów Little Big Planet na PS3).

Święta trójca

Od kilku dni w Tate Modern w Londynie trwa wystawa „Duchamp, Man Ray, Picabia”, na której gołymi oczyma zobaczyć można, i własnymi palcami dotknąć, niemal 180 obrazów, obiektów i instalacji trzech twórców, bez których trudno wyobrazić sobie współczesną sztukę. Veni, vidi…ale czy vici? Pamiętacie, jak Marek Hłasko przymierzał się kilkukrotnie do wejścia do Luwru i nigdy się to nie udało? Podobne poczucie paraliżującego onieśmielenia można mieć wchodząc na tę wystawę. Ale gdy się tam już jest wszystko to znika. Wielki Duchamp ze swoją wąsatą Moną Lisą, minimalizmem koncepcji anty-sztuki, brutalnie przedstawianymi „narzeczonymi” o wszelakich formach, metafizyczny, liryczny Man Ray, jego genialne akty i zakręcone rayografy, psychodeliczny Picabia ze swoimi kolorowymi trybami i zębatkami, stają się tu nagle na tyle bliscy, że wręcz wchodzimy razem na kumpelską stopę. Większość pomysłów i ich realizacji staje się tutaj czymś naturalnym, jakąś najbardziej właściwą konsekwencją tamtej sytuacji i tamtych czasów. Wydaje się wręcz, że my sami zrobilibyśmy to samo, co jest najpewniej anachronicznym złudzeniem…..

Pragnąc być wierni chronologii i ukazując ewolucję trójki bohaterów, kuratorzy wystawy pokazali też, pewnie niechcący, drugą stronę medalu: sytuację wyczerpania, w której Duchamp i jego koledzy znaleźli się po kilku latach awangardowego wzlotu. Powielanie własnych pomysłów nie jest oczywiście niczym złym i stanowi być może etap w twórczości każdego. Etap bardzo pouczający. Idąc dalej po linie czasu spotkać możemy Duchampa, Man Raya i Picabię grających w szachy. A ten pierwszy już przy nich pozostał….Co jest bardzo intrygujące, może nawet bardziej niż milczenie Adama Mickiewicza po roku 1834. O ile bowiem w Mickiewicza bym tu raczej nie wierzył, to naprawdę szkoda, że Marcel Duchamp nie żył w czasach komputerów osobistych. Z jednej strony były gry w szachy i zabawy słowne (jak najbardziej w duchu Oulipo), z drugiej, i to także na wystawie pokazano, fascynacja iluzjami optycznymi i nowymi mediami.

Najbardziej fascynującym, zwłaszcza z perspektywy sztuki cyfrowej, przykładem skrzyżowania się tych tendencji u Duchampa i Man Raya jest seria projektów Rotary Glass Plates(instalacje tylko po części zrealizowane, po części pozostałe w sferze koncepcyjnej aż do ostatnich lat, ta w Tate zrobiona została przez jedną z londyńskich akademii sztuk pięknych, niestety trudno o jakąś reprodukcję w sieci). Wywołującym u widza złudzenie trójwymiaru instalacjom, na które składały się zawieszone na ścianie, obrotowe grafiki przytwierdzone do gramofonowych spodków, niedaleko nie tylko do sztuki nowych mediów, ale także do komentarza i krytyki sztuki nowych mediów.

Wybornym akcentem na wystawie są materiały filmowe pokazujące czołowych dadaistów, ich wygłupy i wizjonerskie techniki filmowe, które dopiero po latach odkryje MTV. Wzorowym dodatkiem natomiast było towarzyszące wystawie stoisko z książkami i gadżetami. Tylu pozycji o dadaizmie i surrealizmie w jednym miejscu, tylu awangardowych koszulek, breloczków, pierścionków, plakatów…nie widziałem nigdy.

Na wystawie nie wolno było robić zdjęć. Zamieszczam zatem nieoficjalne zdjęcia szpiegowskie z telefonu, na którym udawałem, że notuję….Szkoda, że takich wystaw nie można jeszcze w całości oglądać w internecie.

Babel – kilka refleksji

Babel – trzeci po „Amores Peros” i „21 gramów” film Alejandro GonzĂĄleza InĂĄrritu dokłada jeszcze jedną, wspaniale wykonaną cegiełkę do wielolinearnych narracji filmowych. Spośród powstałych niedawno filmów tego rodzaju, nie sposób też nie wymienić „Miasta Gniewu” („Crash”) Paula Haggisa. Wszystkie one, poza swoimi wszelkimi innymi wartościami, uczą nas – w niemal szkolny, warsztatowy sposób – jak z sukcesem realizować problem wielowątkowych opowiadań na kartce papieru, taśmie filmowej, czy ekranie komputera.

Za trzema filmami Inarritu stoi Guillermo Arriaga – profesor literatury, autor poczytnych, przynajmniej w świecie latynoamerykańskim, powieści. Bez jego scenariuszy być może nie byłoby także „Miasta Gniewu”, wyrażnie inspirowanego stylem Arriagi.

Co zatem mówią nam te filmy? Według mnie wszystkie one przewartościowują królujący w Hollywood, a zatem i na całym globie, arystotelesowski sposób opowiadania, osiągając jednocześnie wszelkie cele artystotelesowskiej „tragedii” za pomocą środków alternatywnych. Nadrzędna fabuła jest tu wartością dodaną, powoli porcjowanym prezentem, czasem – zaledwie pretekstem. Liczą się poszczególne wątki, i sposób w jaki się one nawzajem przeplatają, liczą się powtórzenia każące widzowi szukać sensu w pozornie nie powiązanych ze sobą ogniwach, liczą się wzorce, które wydobywamy z tak prezentowanej narracji, w końcu – liczy się styl, bo on także rozświetla nam sieć połączeń.

„Rozwinięcie – kulminacja – rozwiązanie”, „zmiana bohatera”, „szczytny cel” (domena wzniosłości), który pozwala czytelnikowi/widzowi empatyzować z bohaterem – wszystkie te pisarskie dogmaty zostają w sposobie opowiadania Arriagi przeniesione z poziomu głównej osi fabularnej na poziom lokalny, odbierany w poszczególnym ujęciu, sekwencji, ogniwie, które dzięki temu, bardzo często, zaczynają zachowywać się jak autonomiczne całostki. Wtedy też struktura liniowa zaczyna kwestionować samą siebie, wskazywać na swoją arbitralność. Poszczególne ujęcia można było równie dobrze ulożyć w inny sposób – zdaje się sugerować duet InĂĄrritu – Ariaga. Ten aspekt ich filmów jest zresztą najczęszstszą przyczyną nieporozumień i krytyki: to, że krytykowi wydaje się, iż mógłby „lepiej” zmontować film jest automatycznie przypisane nie do zalet, lecz do wad filmu. A niby dlaczego? Czyż tak trudno wyobrazić sobie, że być może jest to część założeń estetycznych scenarzysty i reżysera? Widocznie trudno, wciąż żywimy się pragnieniem, by coś zostało nam opowiedziane w sposób jednoznacznie określony, teraz i na zawsze, jak w Biblii.

Webeo a sprawa polska

Intrygujący, nowy gatunek cyfrowy, analizuje w Techstach Grzegorz Stunża. Rzecz dotyczy webeo – sieciowych teledysków Dawida Marcinkowskiego. Jednym z nichjest bardzo rozbudowanySomeday on the Misty Island , drugim, wcześniejszym, Smolik Attitude. Najbardziej wyrazistą cechą obu utworów jest dodana do teledysków narracja, oraz nielinearny tok całości. Użytkownik może poruszać się po przedstawianym nam świecie w dość swobodny sposób. Grzegorz próbuje porównywać utwory Marcinkowskiego do polskich hiperfikcji, i choć pod względem formalnym, obie formy wyglądają dość podobnie (lecz bez hipermediów w hiperfikcji), pod względem wykonania Carlos Szatkiewicza, Blok Shutego, RH + Joanny Roszak, czy Tramwaje dr Muto wypadają bardzo blado.

Dotknięty tu zostaje problem poruszony już przeze mnie w zbiorze „Liternet.pl”. Problem „środków”. Oba projekty Marcinkowskiego są przykładem na przynajmniej tymczasowe ich rozwiązanie. Otóż są one udanym połączeniem przedsięwzięcia komercyjnego z przedsięwzięciem artystycznym o odcieniu eksperymentatorskim, awangardowym. Marcinkowski poświęca swój czas i swoją energię, tworzy nowy, przynajmniej na polskiej scenie gatunek, wyznacza pewną poprzeczkę dla artystów cyfrowych mediów, a jednocześnie – promuje muzykę Smolika, Małgorzaty Walewskiej, a webeo jest jednym z punktów budżetu wytwórni, która także w ten sposób chce promować swoich artystów. Piosenkarka o nazwisku Małgorzata Walewska może nawet nie istnieć. Jednak samo webeo – choć autonomiczne mogące istnieć samo dla siebie – jest zarazem potencjalnym kolejnym frontem, internetowym przyczółkiem, w wojnie o klienta, i jako takie trafić może na biurko każdego szefa promocji i zostać po prostu dobrze sprzede.

Takie są polskie warunki: nie możemy, nie stać nas, nie mamy narzędzi i czasu, by tworzyć projekty bezinetersowne, cyfrową sztukę dla sztuki. Marcinkowski pokazuje pewien kierunek.