Pochwała (wiecznego) dziewictwa

Pseudoreligijny nonsens z wampirzymi kłami w tle – tak o „New Moon” – nowej filmowej odsłonie sagi Stephanie Meyer pisze recenzent Evening Standard, dając filmowi dwie gwiazdki. I choć gazeta prosta, zwykła, popołudniowa, puenta recenzji wydaje się w równym stopniu trafna jak i głęboka. Jej autor, Andrew O’Hagan, zauważa, że choć główna bohaterka Bella na początku filmu kończy osiemnaście lat, a w trakcie filmu widzimy jak upływa kolejnych kilka pór roku, to seks jako element młodzieńczych relacji pomiędzy bohaterami uznawany jest za najstraszniejszą rzecz jaka może się tu wydarzyć. Abstynencja seksualna z kolei – w filozofii całej wampirzej sagi i przed oczami milionów widzów – jawi się jako coś, co czyni z ludzi…. dobrych ludzi.

Ostrze krytyki chyba jednak nie do końca słusznie O’Hagan kieruje w stronę autorki, pisząc – i to już naprawdę poniżej pasa – że jej opowieści są tak mormońskie, jak ona sama. Skazywanie pięknych, dorosłych już ludzi na wieczne niespełnienie swoich seksualnych pragnień może być motywowane religijnie. Jednak najciekawsze jest to, iż owa „mormońska” filozofia spodobała się tylu milionom nastolatek i ich mam. Któż zatem na miejscu pisarki rezygnowałby z dziewictwa Belli, jako czynnika generującego fabularne zawieszenie, skoro przynosi ono takie zyski? Lekcje z „Przyjemności tekstu” Rolanda Barthesa i prawideł fabulacji wyłożonych w opowieściach Szeherezady wg Johna Bartha odrobione zostały przez Meyer wzorowo.

Nad bestsellerową wampirzą serią unosi się duch czasu. Znajdujemy się dziś chyba najdalej od hippisowskiej idei wolnej miłości od czasów Reagana, Thatcher i Jaruzelskiego. W tym samym numerze Evening Standard Martin Amis, promując książkę „A pregnant widow”, której bohaterką jest jego przedwcześnie zmarła siostra Sally, obwinia za jej śmierć właśnie rewolucję dzieci kwiatów. „Chyba tylko Talibowie byliby ją w stanie ocalić” – mówi Amis, syn jednego z najsłynniejszych hippisów.

Czyżby nadeszła nowa epoka wiktoriańska?