Holedek Microsoftu

Przyczajony tygrys współczesnego wyścigu w cyfrowej rozrywce, Microsoft, złożył wniosek o opatentowanie systemu „immersive display experience”, który ma rozszerzyć kąt wirtualnej sceny dla gier do 360 stopni. Portal ArsTechnica, który opisuje publikację amerykańskiego urzędu patentowego, nie waha się porównywać tego rozwiązania do mitycznego holedeku z serialu Star Trek. Rozwiązanie Microsoftu wzbogaca standardowy zestaw do gier wideo, złożony z konsoli, ekranu głównego (telewizor) i peryferiów o dodatkowy panoramiczny obraz rzutowany na ściany pokoju. Dzięki tej dodatkowej projekcji gracz ma czuć się otoczony przez świat gry. Pozwoli mu – na przykład – „obejrzeć się za siebie i spostrzec skradającego się za jego plecami wroga”. Technicznie polegać ma to na zainstalowaniu kilku kamer, które rzutować będą informacje z obrazu na otaczającą gracza przestrzeń. W opisie patentu mowa też o inteligentnym systemie rozpoznawania lokacji gracza, dzięki czemu kamery będą projektować obraz z perspektywy grającego. Wspomina się też o „osłonie”, którą kamery budować będą wokół widza, dzięki czemu projektory nie będą go oślepiać.

Mija 20 lat od futurystycznej książki Janet Muray „Hamlet on the Holodeck”, w której badaczka interaktywnych sposobów opowiadania wróżyła komputerom wspaniałą przyszłość w roli opowiadaczy i kreatorów fikcyjnych światów. Do holodeku, podobnie jak do rozwiązań opisywanych w cyberpunkowych powieściach Wiliama Gibsona, dzięki którym widz przenosi się i zanurza w fikcyjnym świecie, wciąż nam daleko. Warto więc trzymać kciuki za innowacyjne komórki giganta z Redmond, który ostatnio ? poza sektorem gier ? trochę pobłądził i zamiast innowacji wydaje z siebie kolejne imitacje (iPhone’a, iOS, iPada, iClouda i innych).

Pułka kontra Google: przybornik

John Cayley, Danie Howe - Readers ProjectIntensywna noc czeka tych, którzy w najbliższy piątek pojawią się w Krakowie na festiwalu Ha!wangarda. Po rozstrzygnięciu konkursu na projekt multimedialny (jury wciąż intensywnie debatuje nad wyróżnieniami), Ula Pawlicka zaprosi na prezentację „Wstęp do poezji cyfrowej” a następnie liczni, bądź nieliczni, śmiałkowie, będą mogli wziąć udział w prowadzonych przeze mnie warsztatach generatywnej literatury sieciowej „Pułka kontra Google według Johna Cayleya”.

Za tym spiętrzeniem nazw własnych kryje się dość prosta generatywna procedura, dzięki której, korzystając z żywej mowy polskiego internetu i przeczesującej ją wyszukiwarki Google, dokonamy językowej implantacji na nie narodzonym jeszcze tekście nie żyjącego już autora…

A teraz bardziej technicznie: każdy z warsztatowiczów otrzyma fragment nie opublikowanej prozy Vida local Tomasza Pułki. Następnie z fragmentu tego wybierze ciągi trzech następujących po sobie słów. Każdą trójczłonową sekwencję umieścimy w przeglądarce Google i przyciskiem „szukaj” wygenerujemy listę znalezionych wyników. Ostatni etap to wybór jednego zdania z listy rezultatów wyszukiwania. Zdanie to, wraz z kolejnymi, wygenerowanymi przez nastęne trzy słowa z tekstu oryginału, utworzą nowy, docelowy tekst, „wiersz” autorstwa Tomasza Pułki, algorytmu wyszukiwania, osoby wybierającej słowa oryginału oraz autorów wyszukanych zdań.

Aby warszty przebiegły sprawnie, tzn. aby każdy z uczestników wygenerował co najmniej 10 zdań tekstu docelowego, porzebna jest przeglądarka internetowa oraz połączenie z internetem, o które w klubie Konfederacka 4 nie tak łatwo. Dlatego warto zabrać ze sobą swoje blueconnecty i inne wtyczki do internetu mobilnego, albo po prostu jakiegokolwiek smartfona z wyszukiwarką internetową. W tym drugim przypadku warto przynieść zwykłą kartkę i długopis, gdyż to znacznie przyśpieszy cały proces, jak wiadomo multitasking na komórkach jest bólem w nosie.

Pomysł na warsztaty wziął się rzecz jasna z tego, by niezapomnianego performera, poetę, twórcę językowych, dźwiękowych i wizalnych szumów, mieć podczas Ha!wangardy wśród nas. To rodzaj poetyckich Zaduszek pod znakiem Pułki jeszcze przed Zaduszkami.
Z kolei generatywne reguły, którym poddawać będziemy tekst oryginału, zasugerowane zostały przezJohna Cayleya, który wraz z Danielem Howem stosują podobne zasady w projektach spod znaku swojego wspólnego przedsięwzięcia Readers Project. Po moich inspirujących, paryskich i londyńskich spotkaniach z jednym z najdłużej działających poetów kodu (sam swoją twórczość nazywa „programatologią”), stało się jasne, że znajomość Cayleya w Polsce jest niewystarczająca. Krakowskim eksperymentem chcemy tę lukę choć w nieznacznym stopniu załatać. Do zobaczenia na Ha!wangardzie!

Oficjalna zapowiedź warsztatów >> .

Program i zapowiedź Ha!wangardy >>.