Cyfrowa rewolucja? Jeszcze nie teraz.

Na sprzedaż elektronicznych wersji książek objętych prawami autorskimi, lecz które wyszły z druku, zezwolili serwisowi Google amerykańscy wydawcy i autorzy. Porozumienie w tej sprawie podpisano w ubiegłym tygodniu i – jak przypomina International Harald Tribune – dotyczy ono zdecydowanej większości istniejących na świecie książek. Ta wydawnicza umowa w konsekwencji zapowiada otwarcie największej księgarni w historii książki. Na razie miliony pozycji, które udostępni serwis books.google.com będą mogli kupować tylko Amerykanie. Google starać się będzie jednak o wprowadzenie podobnego serwisu w Europie.

Przy okazji doniesień o tej przełomowej decyzji, Harald Tribune podaje kilka kolejnych faktów, które przemawiać mają za tym, że ostatni bastion świata analogowego: rynek wydawniczy, nie będzie w stanie długo bronić się przed postępującą rewolucją cyfrową. Po pierwsze: europejskie biblioteki narodowe planują w tym miesiącu udostępnić 2 miliony zdygitalizowanych książek i obiektów ważnych dla dziedzictwa kulturowego Starego Kontynentu. Projekt Europeana objąć ma także filmy, czasopisma, materiały dźwiękowe i obrazy. Po drugie, sprzedaż książek elektronicznych wzrosła w ubiegłym roku o 70 procent. Niektórzy wydawcy zapowiadają, że do 2018 roku sprzedaż książek cyfrowych będzie większą niż drukowanych. Dziś sprzedaż e-booków do zaledwie jednoprocentowy segment rynku. Wyjątkiem Japonia, gdzie czytelnicy kupują książki, które czytają na swoich telefonach komórkowych. Na małych ekranach komórek króluje manga.

Czyżby zatem rzeczywiście rynek książki poddany miał zostać takiej samej przemianie jak rynek muzyczny i nasze prywatne biblioteki będą przechodzić na ekrany stacjonarnych i przenośnych urządzeń? Myślę, że musimy na to jeszcze trochę poczekać. Największą przeszkodą wcale nie jest sentyment za szelestem kartek. W moim ciasnym londyńskim mieszkaniu – na przykład – na książki tradycyjne nie ma po prostu miejsca: mam na to dwie półki i dno szafy, absolutnie nic poza tym. Nad sentymentami musi w tym przypadku przeważyć instynkt pragmatyczny. Ten sam, który zmusza Japończyków do czytania komiksów na na ekranach telefonów (ich mieszkania są jeszcze bardziej ciasne…).

Mimo to nie zaliczam się do pół miliona osób, które ściągnęły program Stanza – najbardziej popularną przeglądarkę e-booków na iPhone’a – telefon dający nam największą „powierzchnię lekturową”. Na iPhonie można czytać Hegirascope Stuarta Moulthropa: hipertekstową powieść stworzoną do czytania na ekranie, ale już z pewnością nie „Wojnę i pokój”. To, czego potrzebują czytelnicy „cyfrowej rewolucji” to wygodne, tanie, przyjazne dla oczu urządzenie do czytania e-booków. Kindle Amazona, czy Sony Reader niestety nie spełniają co najmniej jednego z tych warunków i przeznaczone są raczej dla bogatych kolekcjonerów gadżetów niż dla zwykłych czytelników. A tym samym są zaprzeczeniem rzeczonej „rewolucji”.

Coż zatem nam zostaje? Siedzenie na płocie, jak mówią Anglicy. I cierpliwe machanie nóżkami.