Mnemotechniki. To już było! I co z tego…

Już kilka tygodni temu natknąłem się w sieci na Mnemotechniki autorstwa Jarosława Lipszyca. Autor tego tomu poetyckiego to, obok Marii Cyranowicz, jeden z twórców-założycieli neolingwizmu — jednego z najbardziej współczesnych nurtów w polskiej poezji XXI wieku. Ale to nie próba zaszufladkowania czy lingwistyczne korzenie są powodem, dlaczego piszę o tym na łamach Techstów. Tym powodem nie jest również fakt, że Mnemotechniki można przeczytać online.

Ich wyjątkowość tkwi gdzie indziej — pomijam tutaj warstwę znaczenia, sensu,tym niech się zajmują inni — Lipszyc wykorzystuje bowiem, jako tworzywo cudze teksty zamiast własnych słów. Właściwie nie jest to nic nowego, przykłady takich remiksów znane były już w starożytności pod nazwą centonów. Później „bawili” się tak barokowi poeci, awangarda. Pisał o tym Tuwim w książce Pegaz dęba.

Tyle tylko, że Lipszyc uprawiając tę formę deejayingu (by przywołać terminolgoię Nicolasa Bourriauda) sięga nie po znane utwory literackie, ale teksty istniejące tylko w Sieci. Tutaj znów można powiedzieć, że „to nic nowego”. Podobne praktyki od października 2006 roku proponuje czytelnikom swojego bloga 3by3by3.blogspot.com Lance Newman. Twórców obowiązuje jednak pewna zasada, nawiązująca w jakimś stopniu do przepisu na poemat dadaistyczny Tristana Tzary: „Weź 3 teksty z Google News. Użwyająć tylko słów, ktre pojawią się w pierwszych 3 paragrafach, każdej z informacji, ułóż wierz, z 3 strofami, każda po 3 wersy nie większe niż 60 znaków w linii. Tytuł powinien mieć 3 słowa i musi wykorzystywać jeden wyraz z każdego newsa.”
U Lipszyca nie ma zasad i, o ile sam pomysł nie jest nowy, to teksty-produkty, owe „obiekty znalezione”, które wybiera, decydują o wyjątkowości jego pomysłu. W tomie każdy z wierszy składa się ze zdań, słów, liter, które wyjęte są z haseł polskiej edycji Wikipedii Wolnej Encyklopedii, do których zamieszcza nawet adresy pod każdym z utworów. Nie powinno zatem dziwić, że wersja cyfrowa dostępna jest w Wikiźródłach (na papierze Mnemotechniki wydała w 2008 Krytka Polityczna)

W projekcie 3by3by3 każda informacja z Google News ma swojego autora, w Wikipedii hasła, mimo, że lista autorów kolejnych modyfikacji jest dostępna, to samo pojęcie autorstwa pozostaje rozmyte. Lipszyc stara się rozmyć je jeszcze bardziej. Wybór Wolnej Encyklopedii, która nie jest produktem, a ciągłym procesem produkcyjnym; pisaniem palmpsestu, który teoretycznie nie ma końca, jest tym bardziej trafny. Nie dość, że każde hasło, z którego czerpie Lipszyc może mieć wielu autorów, to może się zmienić post factum. A zatem, nawet umieszczone pod wierszem odnośniki wcale nie dają pewności, że znajdziemy pod nimi te sformułowanie, które pojawiły się w Mnemotechnikach.

W wersji drukowanej, na czwartej okładce i we wstępie Lipszyc napisał: „Nie jestem autorem tej książki. Nie napisałem ani jednego ze słów, które w niej przeczytacie. Ta książka ma setki autorów, a ich listę znajdziecie gdzieś pod koniec. Są na niej imiona i nazwiska, pseudonimy, numery IP”. Na karcie tytułowej przed nazwiskiem pojawia się zaś słowo redaktor. Trudno się jednak zgodzić z tym zgodzić. Śmierć autora jako takiego, oczekiwana przez nie-autora Lipszyca jest mrzonką.

Owszem tekstony są dziełem Wikipedystów, ale już powstające z nich skryptony tekstu są dziełem Lipszyca, który remiksując słowa i zdania, rekontekstualizuje produsage’owy tekst jakim są hasła Wolnej Encyklopedii. Produkuje w ten sposób nowy sens. Co więcej, zarówno wersja znajdująca się w Wikiźródłach, jak i jej papierowe wydanie opatrzone jest licencją GNU, pozwalającą na dalsze rozpowszechnianie, modyfikowanie i… remiksowanie. Nie zdołałem przeczytać całości licencji, ale w praktyce sprawdziłem, że bez pezproblomu można zmieniać treść. Zatem do dzieła Techstowi Postproducenci. Pamiętajcie jednak, że pewne prawa są zastrzeżone…

I jeszcze jedno. Wszystko wskazuje na to, że Lipszyc, jako pierwszy opublikował, utwory, które tworzone były na żywo przed publicznością. Bez dumań, świec i innych artefaktów romantycznego weltschmerzu, natchnienia itp. Za to dokładnie w taki sposób, w jaki na scenie miksuje utwory muzyczne deejay. To jeszcze jeden powód by to co już był (vide wyciąganie słów z kapelusza i inne działania w Cabaret Voltaire) dopisać po stronie korzyści tekstu twórcy neolingwizmu.

Tik, tak…, czyli narracyjność nowych mediów (cz. 1)

W niekonwencjonalnych środowiskach narracyjnych, takich jak środowisko sieciowe, kształt samej narracji musi być niekonwencjonalny. Niektórzy posuwają się do twierdzeń, że narracji nie ma tam w ogóle. Nie trzeba się z nimi zgadzać. Espen Aarseth nie widzi narracji w afternoon, a story Michaela Joyce’a. Czytamy tam o czymś co się wydarza i nie wydarza zarazem. Różne ścieżki lektury prowadzą w różnych kierunkach, i doprowadzić nas mogą do dwóch przeczących sobie fabularnych rozwiązań. Czy zatem narracja w prozie sieciowej, epice interaktywnej, istnieje czy nie istnieje? Postaram się na to pytanie odpowiedzieć w trzech blogowych odcinkach.

Na początku musimy wyjaśnić sobie wieloznaczność pojęcia „narracja” w języku polskim. Tradycja literaturoznawcza każe nam rozumieć narrację jako wypowiedź monologową prezentującą ciąg zdarzeń uszeregowanych w jakimś porządku czasowym, powiązanych z postaciami w nich uczestniczącymi oraz ze środowiskiem, w którym się rozgrywają. W badaniach literackich stawiano akcent najczęściej na pierwszy człon tej definicji: wypowiedź monologową. Narracja redukowana była do głosu narratora. USZEREGOWANE w „jakimś porzędku czasowym zdarzenia” nazywano fabułą, którą najczęściej, w tradycyjnym, strukturalistycznym pojęciu, od narracji oddzielano. W ostatnich dekadach rozziew między fabułą a narracją zaczął się zmniejszać, do tego stopnia, że stają się one synonimami. Narrację zaczyna się rozumieć, jako USZEREGOWANIE „w jakimś porządku czasowym” zdarzeń w utworze epickim.

Wszystko to za sprawą gwałtownie rozwijającej się narratologii. Ufundowana przez teoretyków francuskich, dziedzina ta zdominowana została przez Anglosasów i narzuca nam anglojęzyczne rozumienie narracji. Niestety narratologia nie ukróciła, lecz nawet spotęgowała pomieszanie terminologiczne na linii narracja – wątek – fabuła – intryga – dyskurs. Elementy składowe owej kakofonii terminologicznej pomoże nam wyszczególnić stary, dobry Arystoteles, a ściślej mówiąc – przyjrzenie się różnym przekładom Poetyki na języki zachodnie i na język polski. [ w odcinku drugim…]