Kindle nie dla każdego

Jeśli chciałbyś przeczytać jedną z kolorowych e-książek kultowego wydawnictwa alt x na swym nowiutkim Amazon Kindle – masz pecha. Ani kolor (zupełnie), ani format .pdf (częściowo) nie jest wspierany przez najnowszy gadżet księgarni Amazon.

Na pierwszych stronach gazet obwieszcza się śmierć powieści drukowanej (ileż razy już to słyszeliśmy). Tymczasem Kindle to także, a może przede wszystkim, śmierć sporej części e-książek w formacie .pdf, znanym i używanym od wielu lat.

Kindle wspiera format mobipocket.

Więcej o przedgwiazdkowej, kontrowersyjnej sensacji już wkrótce na stronach Techstów.

Transmisja online: e-polonistyka

Pod adresem www.ittv.pl/applet/tv/kul/, w środę 21.11 o 9 rano, oglądać będzie można na żywo konferencję e-polonistyka na KULu. Sesja hipertekstowa rozpoczyna się o 11.30. Transmitowane będą całe dwa dni konferencji, zapraszamy!

iPhone jako narzędzie twórcze?

Czy iPhone jest narzędziem twórczym i może pomóc w pracy dziennikarzom, pisarzom i ludziom słowa w ogóle ?

Odpowiedź na to pytanie brzmi: i nie, i tak (w takiej właśnie kolejności). Choć łączy ono w sobie trzy urządzenia: telefon, przeglądarkę internetową oraz iPoda, nowe oczko w głowie firmy Apple nie zalicza się w stu procentach do tak zwanych Smart Phone’ów. W tym ślicznym, wyjątkowo przyjaznym dla użytkownika urządzeniu, nie ma na przykład mobilnej wersji pakietu biurowego. Na iPhonie nie stworzymy dokumentu Worda czy Excella, ba – nie jesteśmy nawet w stanie sformatować tekstu, nie mówiąc już o narysowaniu tabeli. iPhone nie spełni też funkcji dyktafonu a program „Notes” do tworzenia notatek – jak twierdzą złośliwi – nadawać się może jedynie do robienia krótkiej listy zakupów w warzywniaku.

W końcu także pisanie na wirtualnej klawiaturze iPhona może sprawiać problemy i – przynajmniej na początku – irytować. iPhone nie pozwala też na proste i ważne komendy takie jak kopiuj/wklej.

Mimo wszystko, na szczęście, nie jest aż tak źle, a będzie jeszcze lepiej. Po pierwsze – iPhone to urządzenie non stop podłączone do internetu. Jeśli zatem korzystamy z usług sieciowych, które pozwalają nam tworzyć, edytować i zapisywać dokumenty Worda czy pdfy – będziemy mogli to zrobić także na naszym iPhonie. Niestety na razie jedna z najbardziej popularnych tego typu usług: Google Docs pozwala użytkownikom iPhonów jedynie przeglądać swoją przechowywaną na serwerach google prywatną bibliotekę cyfrową. Wkrótce ma się to zmienić i zapis nowych dokumentów będzie możliwy.

Po drugie w lutym iPhone zostanie oficjalnie otwarty na zewnętrzne aplikacje stracjonarne. Można się spodziewać, że swoich wersji na iPhone’a doczekają się projekty typu Open Office i pokrewne, choćby w postaci skromnych widgetów, które można importować do Offica.

Po trzecie – klawiatura dotykowa nie jest aż tak straszna jak ją malują. Pisze się na niej szybciej niż na klasycznej klawiaturze T9 (trzy literki na jednym klawiszu). Co do kopiuj / wklej traktuję nieobecność tych komend jako żart Appla, być może nawet lekki prztyczek, skierowany w stronę kultury remiksu…..Da się z tym żyć.

A teraz recenzja bardziej subiektywna: dla mnie iPhone spisuje sie na piątkę. W połączeniu z innymi elementami mojego cyfrowego ekosystemu potrafi wręcz ocierać się o magię. Przykład: iPhone w połączeniu z Tinderbox – programem do zarządzania notatkami, na którym piszę wszystkie artykuły, wpisy do techstów i do elektroblogu. Jeśli napiszę notkę w iPhonie i wyślę ją mejlem, po powrocie do domu notka ta jest już na moim komputerze, w Tinderboxie, w formie prostokąta umieszczonego na mapie. Gotowa do edycji i dalszego rozwijania.

Podsumowując: na razie iPhone może pozostawać w tyle za funkcjami niektórych telefonów, takich jak Blackberry czy choćby HTC. Gdy tylko jednak udaje się go połączyć z innymi urządzeniami, funkcjami i usługami, potrafi wraz z nimi czynić cuda. Aby przeszło to do porządku dziennego, musimy poczekać przynajmniej do lutego. iPhone w Polsce będzie już z pewnością bardziej otwartym i twórczym urządzeniem. Mimo to już teraz może stać się naszym moblinym, osobistym menadżerem treści.

Przeminęło z systemem: zagrożone hiperteksty!

Po wypuszczeniu na rynek systemu Leopard, Apple na dobre pożegnało się z klasycznym środowiskiem Macintosha: OS Classic. Steve Jobs już kilka lat temu oficjalnie i dosłownie pogrzebał (była trumna wystawiona na scenie dorocznej wystawy MacWorld, był marsz pogrzebowy, była minuta ciszy) OS 9, ale klasyczny system można było uruchamiać pod Os X Pantera i OS X Tiger bez żadnego problemu. Teraz się to zmienia. Konsekwencje są poważne i niepokojące, zwłaszcza dla badań i dokumentacji pewnego okresu w rozwoju współczesnej (cyber) kultury.

Okres świetności OS Classic, licząc od wersji 4.0 poprzez 7.6 aż po 9.1, przypada na lata 1987 – 1999 i pokrywa się on z okresem „rewolucji” cyfrowej: masowym napływem komputerow osobistych pod strzechy. Dominującym interfejsem w pierwszej fazie tego kresu był nie system Windows ale właśnie Macintosh. Pierwsze eksperymenty z możliwościami komputerów osobistych (programy użytkowe, ryzrywkowe, akademickie) powstawały właśnie w tym środowisku. Za symbol tych czasów może uznać dołączany do każdego komputera program HyperCard (pozwalający na tworzenie własnych projektów „multimedialnych” – z animowanym tekstem, grafiką i dźwiękiem, z hipertekstowym linkowaniem jednej karty prezentacji z drugą, z możliwością przeszukania bazy pojedynczej prezentacji. W tym samym czasie okres świetności przeżywała też powieść hipertekstowa i poezja dynamiczna. Ta pierwsza powstawała głównie dzięki programowi Storyspace, napisanemu na Macintosha między innymi przez Jay Davida Boltera i Micheala Joyce’a. Poezja dynamiczna z kolei opierała się na Apple Scripcie i innych możliwościach programowania w OS Classic.

Zmian jakie wprowadza OS X Leopard (zero opcji odpalenia OS Classic) wbrew pozorom, najbardziej nie odczują zatem maniacy starych gier. Dla nich są dziesiątki emulatorów. Pogrzebanie klasycznego OS najbardziej uderzy w czytelników pierwszej generacji literatury cyfrowej. Generatory tekstu, elektroniczne pisma periodyki literackie wydawane w formacie Hyper Card (Hyperbole), oraz cały niemal katalog Eastgate Systems – wydawnictwa publikującego powieści i poezję hipertekstową, opierają się na OS Classic. Około połowy hiperfikcji wydawanych przez Eastgate ma swoje wersje pod Windows. Sytuację można uznać za częściowo uratowaną. Nie mają jednak ich utwory powstałe w Hyper Card. Tu z kolei przychodzi z pomocą próba emulowania HC podjęta przez tworców programu Revolution 1.1 . Fakt jest jednak faktem: dostęp do zasobów, archiwum, i – nie bójmy się tego powiedzieć – pewnej części dziedzictwa kulturowego, został poważnie utrudniony.

Dla zapaleńców: tych którzy lubią (miłośnicy starych gadżetów) oraz tych, którzy muszą (magistranci, pracownicy naukowi, itp.) istnieje wyjście: zakup sprzętu pracującego na starym systemie. Na przykład: dobrze zachowanego PowerBooka z serii 150, 500, lub 1400, który nie dość, że wyświetli nam wszystko, sprawi, że cofniemy się w czasie o 10, 12 lat, co jeszcze bardziej nas zbliży do przedmiotu badań. Jak jednak wyglądać będą nasze wnętrze (piwnice) za jakieś 20 lat, gdy będziemy musieli kupować kolejne stare sprzęty by mogły odtwarzać niemodne już systemy?

Lochy i marzyciele

Dungeons & DreamersPierwsza wersja Dooma miała być osadzona w historycznym klimacie (rycerze i potwory) Dungeons & Dragons. Pierszą tekstową grą przygodową był Hunt the Wampus a nie Adventure, a jednemu z pierwszych turniejów sieciowych gier akcji w 1995 roku osobiście patronował Bill Gates: „whom do you want to play today”?

To niektore z ciekawostek, jakie mozna znalezc w ksiazce Dungeons & Dreamers. The Rise of Computer Game Culture Brada Kinga i Johna Borlanda.

Najciekawszym być może wątkiem jest olbrzymi dług, jaki wobec po pierwsze literatury, a po drugie – papierowych edycji gier serii D&D, mają twórcy najważniejszych gatunków gier. Niemal wszyscy czytali trylogie Tolkiena oraz spędzali wiele godzin grając w gronie przyjaciół w Dungeons and Dragons. Do literackich odniesień w latach 90tych dołączą cyberpunkowe powieści Williama Gibsona oraz Neala Stephensona (Zamieć). Gry, które w przyszłości stworzyli, były rezultatem chęci przeniesienia tych doświadczeń na ekran komputerowa.

Akalabeth na przykład, pierwsza gra Richarda Garriota, napisana w 1982 na Apple II to niemal dosłowne wręcz zderzenie Ponga (gra o korzeniach sięgających 1963 roku) z Władcą Pierścieni, Adventure i grami D&D, w skromnych warunkach graficznego interfejsu początku lat osiemdziesiątych.