Labirynt kiepskich translacji

Labyrinth - Kate Mosse
Kilka kilometrów na wschód wrona krąży nad zagubionym między szczytami Montagnes du SabarthĂŠs miasteczkiem. Wysoki szczupły mężczyzna w jasnym garniturze siedzi sam przy stole z ciemnego drewna.
Na blacie leży kilka arkuszy kremowego papieru, wszystkie pokryte są gęsto rzędami zwartych liter naniesionych czarnym atramentem. Słychać tylko skrzypienie pióra, od czasu do czasu, gdy mężczyzna upija łyk, kostki lodu uderzają o szkło. Czuć subtelną woń alkoholu i wiśni. Gdy piszący przerywa swoją czynność, upływ czasu znaczy tykanie zegara.
Podejmuje pisanie na nowo

Powyższy fragment pochodzi z wydanego rok temu przez wydawnictwo Prószyński bestselleru „Labirynt” Kate Mosse. Nie trzeba mieć wielkiego wyczucia językowego, by ocenić jakość tłumaczenia. Jest ono uderzająco niedbałe, z nonszalającą omijające drobne lecz ważne szczegóły oryginału, a polszczyzna translacji jest niskiego lotu. Widać to od okładki aż po poziom pojedynczych zdań. „Three secrets. Two women. One Grail” – marketingowy ”podtytuł” powieści prztłumaczony został jako „Trzy tajemnice. Dwie kobiety. Jeden Święty Graal”. Dlaczego „święty”? Bo w Polsce „święte” lepiej się sprzedaje? Bo tłumacz przeczytał książkę i wie o jakiego Gralla chodzi? W powieści bohaterowie dyskutują tę kwestię. I wyjaśnione jest, że chodzi o Graala, a nie – świętego Graala. Podobna bezmyślność przebija się niemal w każdym paragrafie książki.

W oryginale żadna wrona nie krąży nad miasteczkiem. „Few miles to the east as the crow flies” oznacza po prostu odległość „w prostej linii” „prosto jak strzelił” między jednym miejscem a drugim.
(„prosto jak strzelił” zostało użyte w polskim tłumaczeniu książki Jeffrey’a Archera „As the Crow Flies).

Jeszcze gorzej, pod względem i przyzwoitości translatorskiej i poziomu językowego potrtaktowane jest ostatnie zdanie cytowanego paragrafu. „The ticking of the clock marks the passage of time as he pauses, reflects, and then writes again”. Pomińmy niezręcznie, przetłumaczone na poziomie pierwszej klasy liceum „upływ czasu znaczy tykanie zegara”. Zwroćmy natomiast uwagę na zburzoną, jeśli nie zrujnowaną semantykę i rytm ostatniej cząstki zdania: „as he pauses, reflects, and writes again” przetłumaczone jest jako „Gdy piszący przerywa swoją czynność […] Podejmuje pisanie na nowo”, z wtrętem o tykaniu zegara rzuconym w środek oryginalnego zdania. „Piszący swoją czynność”, „podejmuje pisanie” – takie sformułowania, uderzające w nas jakąś urzędową odmianą polszczyny są tu nie tylko nie na miejscu, ale są daleko od wiernośći sytaktycznej i rytmicznej oryginału. Dlaczego pominięto „reflects”, fakt, że mężczyzna podnosi głowę znad swoich kartek, zastanawia się nad tym, co napisał bądź co ma napisać? Może nam to przecież wiele powiedzieć o wadze tego, o czym się pisze, wzbudzić w nas jeszcze większe zainteresowanie i chęć dalszej lektury.

Rozumiem intencje wydawnictwa: opublikować powieść tak szybko jak się da, gdy oryginal wciąż króluje na zachodnich listach bestsellerów. Jednak redakcja tłumaczenia, w takich przypadkach, powinna pracować na najwyższych obrotach i o zwielokrotnionych siłach. Przepuszczanie tłumaczeń na tak niskim poziomie jest nie do przyjęcia. Nie kupujcie tej zepsutej w polskim tłumaczeniu powieści. Lepiej zamówić oryginał, napisany prostą, giętką angielszczyną, i przy okazji podszkolić znajomość jezyków obcych. Pierwszemu chętnemu przesyłam swój oryginał za darmo, bez opłat pocztowych.

„Labirynt” – Kate Mosse. Tłumaczenie: Agnieszka Barbara Ciepłowska. Prószyński i S-ka 2006.

Warto zajrzec na strone www Kate Mosse, prowadzona na kilka lat przed wydaniem ksiazki, zakończoną dopiero w rok temu w czerwcu. Zawiera ona porady dla pisarzy, dziennik pisarki, szkice postaci:
http://www.mosselabyrinth.co.uk

Ergodyczna Historia Świata wg arcybiskupa Usshera

Wiktorianski Atlas Historii ŚwiataReprint przedziwnej pozycji: „The Timechart History of The World” – wydany przez Barnes and Nobles atlas historii świata, wpadł mi wczoraj do ręki. Oryginał pochodzi z 1890 roku i jest dziełem Edwarda Hulla, opartym na kalendarzu anglikańskiego arcybiskupa Usshera. Wydawnictwo to było najpopularniejszym, kanonicznym atlasem historycznym epoki wiktorianskiej.

Atlas obejmuje 6 i pół tysiąca lat historii i zaczyna się biblijnym stworzeniem świata. Pokazane są tu drzewa genologiczne Adama, Ewy, Kaina i Abla, rozgałęziające się i mające swoją kontynuację w królewskich rodzinach Babilonu, Egiptu, żydowskich proroków. Biskup Ussher datuje stworzenie na 23 października 4004 roku p.n.e.

Najciekawszy i najbardziej intrygujący jest oczywiście sposób prezentacji informacji: choć ma on pokazać chronologiczny ciąg zdarzeń jest jednocześnie tak rozbudowany, że w zasadzie nie da się go czytać od początku do końca, lektura przebiegać musi w hipertekstowych sesjach a czytelnik przemieszcza się od daty do komentarza, od strumienia czasu do strumienia narodów, od informacji o ważnych postaciach do notek o soborach ekumenicznych. Jest to jednym słowem ergodyczny tekst drukowany, podbnie jak Kaligramy Appolinaire’a czy Gra w Klasy Cortazara.

Reprint starodruku lub innego typu klasycznej pozycji to jedna z ulubionych
form wydawniczych na Zachodzie. Dziwne, że historia świata według arcybiskupa Usshera nie została wydana w Polsce.

Poszukiwania Second Person

Waterstone's na Gower Street, BloomsburyWydany w tym miesiącu zbiór artykułów „Second Person. Role-Playing and Story in Games and Playable Media” powoli dociera do londyńskich księgarń.

Gdy po raz pierwszy byłem w Londynie, robiliśmy wraz z Irkiem, pełne poświęcenia wyprawy do wszelkich możliwych księgarń. On poszukiwał najnowszych książek z dziedziny oprogramowania ekstremalnego i javy, ja książek z kręgu nowych mediów. On jednak wyjechał z Londynu z pelną torbą książek, a ja z zaledwie jedną (antologią „New Media Reader”).

I jedne i drugie wydawane były głównie w USA, ale niemal zawsze na informacji o wydawcy, znajdowały się słynne „Baltimore and London” (John Hopkins University Press), „Lincoln and London” (University of Nebraska Press) czy „Cambridge, Massachusetts – London, England” (MIT Press). Informacje bibliograficzne wskazywałyby zatem, że Londyn to wydawniczy pępek świata i na półkach tutejszych księgarń znajdzie się każda interesująca nas pozycja. I jest to dużej mierze prawdą. Ĺťyczę każdemu tych samych westchnień, „ochów i achów’ przed półką z ulubionej dziedziny, których doświadczam we właściwych księgarniacj. Jeśli jednak chodzi o nowe media, teorię hipertekstu i gier komputerowych, sytuacja wygląda dość blado. Książki typu „Narrative Across Media” pod redakcją Marie-Laure Ryan, czy wydany rok temu „Hypertext 3.0” Landowa z rzadka, same z siebie lądują na półkach nawet największych lub najbardziej wyspecjalizowanych księgarń. Polityka zamówień opiera się najprawdopodobnie na indywidualnych żądaniach czytelników. Gdy
zamówię jakąś rzadszą książkę księgarnia sprowadzi przy okazji więcej egzemplarzy. Tak było w Foyles (reklamowanej sloganem „the biggest independent bookstore in London”), gdy zamawiałem „Narrative Across Media”.

Pamiętając zatem o takim stanie rzeczy wybrałem się wczoraj do jednej z najpewniejszych księgarń: uniwersyteckiego Waterstone’s na Bloomsbury.
Po kolejnej serii westchnień przy półkach z teorią literatury (znakokmite słowniki i antologie), gdzie szukałem też najlepszego słownika terminów literackich dla Doroty, podszedłem w końcu do kasy i zapytałem o „Second Person”. Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że książka jest w drodze, zostala zamówiona i pojawi się za 10 dni.

Za 10 dni i ja tam się pojawię. Bez względu na to, że mogę zamówić „Second Person” w amazon.com czy bezpośrednio z MIT Press i książka sama przyjdzie do mnie w ciągu 10 dni. Atmosfera księgarni, to, że przed zakupem można książkę dotknąć, przejrzeć, powąchać, oraz te książki, które wpadają nam w ręce po drodze do kasy: wszystko to sprawia, że wciąż warto przedkłać realne zakupy od zakupów tytu „klikniesz i masz”.