Historia i przyszłość literatury na ekranie

Długą, dogłębną i odsłaniającą nieznane dotąd fakty rozmowę o historii i przyszłości powieści hipertekstowej prowadzą na łamach serwisu narrabase pionierzy literatury nowych mediów. Judy Malloy – autorka pionierskich powieści sieciowych z połowy lat dziewięćdziesiątych )m.in dostępna w języku polskim K0cHacK0g0s) przepytuje z hipertekstu Marka Bernsteina – założyciela wydawnictwa Eastgate, publikującego hiperfikcje od 1989 roku.

Poproszony o kilka wskazówek dla młodych adeptów klawiatury, którzy chcieliby spróbować swoich sił w tworzeniu połączonych linkami opowieści hipertekstowy wydawca doradza: po pierwsze musicie wiedzieć, co chcecie powiedzieć i mieć coś do powiedzenia; po drugie – bądźcie gotowi na naukę nowych rzeczy – oprogramowania, starożytnego włoskiego, czy zwyczajów wiktoriańskich; po trzecie – zaprzyjaźnijcie się z komputerem; po czwarte: zadawajcie pytania podziwianym przez siebie autorom; po piąte – dużo czytajcie. Lista jest jeszcze dłuższa i warto się jej, jak i całemu wywiadowi, dokładnie przyjrzeć. Polecam !

Hipertekstowa ha!wangarda

Premiera nowej wersj hipertekstu przestrzennego Krótka historia przypadku oraz premiera Liberlandii– nowego hipertekstu Radosława Nowakowskiego towarzyszą festiwalowi Ha!wangarda w Krakowie. Organizowany przez Ha!art festiwal, próbując na nowo zdefiniować pojęcie współczesnej awangardy, proponuje przyjrzeć się kilku najciekwaszym przejawom postaw awangardowych z pogranicza literatury, sztuk plastycznych i sztuki cyfrowej. Są to liberatura, hipertekst literacki, poezja cybernetyczna oraz story art.

Miejsca i szczegółowy program wydarzeń – na stronach festiwalu. Wszystkie imprezy za darmo. Wśród premier i pokazów, koncertów i dyskusji każdy awangardzista znajdzie coś dla siebie: od Batonu Shutego poprzez dźwiękowe mutacje peceta Romana Bromboszcza po prezentację hipertekstowego komiksu. Owoce festiwalu będą zbierane przez długi czas. Wraz z redakcją Ha!artu serdecznie zapraszamy !

Teksty krytyczne Mariusza Pisarskiego o Krótkiej historii przypadku Małgorzaty Dawidek Gryglickiej oraz Liberalndii Radka Nowakowskiego, wraz z całym festiwalowym zapleczem, ukażą się w specjalnym, papierowym wydaniu Ha!artu. Ich krótsze wersje znajdują się tu i tu.

Książki bez stron – era iPada

Wśród szumu i zgiełku jako unosi się nad iPadem Apple’a trudno o głos umiarkowania. Tym milej czyta się słowa, które w swojej trzeźwości i dalekowzroczności przerastają nawet oczekiwania piewców e-booków. Dostarcza nam ich esej Books in the Age of iPad poświęcony technicznym i kulturowym konsekwencjom iPada dla świata książki i dla przekazu literackiego w ogóle. Jego autor – Craig Mod (pseudonim ?) swoje spostrzeżenia wspiera długoletnim doświadczeniem w tworzeniu książek artystycznych.

Craig przez większa cześć minionej dekady badał granice papierowego przekazu. Zakochany w zapachu i fakturze zadrukowanych kartek, a jednocześnie w kapryśnym, trudno dającym się schwytać pomiędzy tradycyjną obwolutę tekście, Tworzył z jednej strony liberaturę – książki wyzwalające się z tradycyjnych, drukarskich konwencji, a z drugiej – książki piękne, doprowadzające gutenbergowski paradygmat do kresu artystycznych możliwości.

iPad – według autora eseju – niesie większy potencjał dla przekazu literackiego niż najbardziej wyzwolona, wyrafinowana książka:

Uwielbiałem proces tworzenia pięknych książek drukowanych. Uwielbiałem skończoność gotowego produktu. Uwielbiałem piekielnie seksowną dotykowość tych małych cegiełek papieru i tuszu. Ale powiem wam otwarcie: ekscytacja, jaką czuję na myśl o iPadzie jako twórca treści, projektant książek i wydawca jest równie wielka.

Według Craiga Moda wraz z iPadem mamy szansę na platformę do konsumowania bogatej w treść formy cyfrowej i jednocześnie ciekawszej treści drukowanej.

Aby zrozumieć co czyni iPad tak interesującym Mod systematycznie wyjaśnia w jaki sposób doszliśmy do sytuacji, w której się obecnie znajdujemy, i która umieszcza iPad na głównym skrzyżowaniu dążeń do bogatszej, ciekawszej treści.
Wyjaśnienia swoje twórca eseju kieruje do autorów i wydawców, projektantów, typografów i innych rzemieślników Gutenberga.

Wbrew pozorom nie ma tutaj obwieszczania śmierci książki. Wręcz przeciwnie. Tym, czym się wraz z epoką iPada pozbywamy, jest tanio, brzydko i szybko wydane czytadło, które kupujemy na jednym lotnisku i zostawiamy na drugim, które czytamy na plaży i w toalecie. Tym co zyskujemy, jest wydawanie drukiem książek, które naprawdę są tego warte i swoje istnienie w formie papierowej potrafią mocno uzasadnić.

W kolejnej części swego autor przechodzi do konkretów. I tu zaczyna się jeszcze bardziej fascynująca, brawurowa argumentacja. Mod pokazuje jak iPad zmienia sposób komponowania, składania, segmentowania treści. A czyni to do tego stopnia, iż zmianie ulec muszą nasze podstawowe rozumienie tego, czym jest książka. Dla przykładu – koncepcja strony jako jednostki przekazu w medium książkowym traci rację bytu na iPadzie. Zamiast przewracania stron możemy przecież przesuwać się po panoramie tekstu (załączony obrazek). Czy mówienie książce wciąż jeszcze ma sens?

Najistotniejsze w tym wystąpieniu jest to, iż wszystkie jego rozpoznania są w gruncie rzeczy bardzo dobrymi wiadomościami dla wydawców książek. Na dziś i na przyszłoć. Wygrają ci, którzy są w stanie tę subtelność dostrzec.

Esej Books in the Age of Print wyłowił z sieci i podesłał mi Andrzej Pająk

Apple „przedefiniuje druk” ?

Od „nikt już dziś nie czyta” do „przedefiniowania druku”. Nie istniejący tablet Apple’a i sztuczna rewolucja w czytaniu na ekranie.

Firma Apple, która w pierwszym kwartale przyszłego roku pokazać ma światu swoje nowe przenośne urządzenie – 10 calowy „tablet”, skontaktowała się niedawno z wydawcami poważnych amerykańskich dzienników oraz wydawców książek edukacyjnych – donoszą serwisy Gizmodo i AppleInsider. Rozmowy dotyczyły udostępnienia zawartości owych wydawnictw na platformie iTunes. New York Times oraz książki wydawnictw McGraw Hill i Oberlin Press miałyby być potem dostępne na przenośnych urządzeniach Apple’a. Celem jest dostarczenie czytelnikowi nie tylko cyfrowej wersji tekstu, ale całego multimedialnego pakietu, gdzie statyczny wygląd cyfrowej strony wzbogacony byłby o dźwięk, interaktywną grafkę i wideo. Pakiet taki już teraz okrzyknięty został „treścią nowej generacji”. Ma ona być bardziej nowoczesna i przełomowa niż w czytniku Kindle, z jego dość statycznym, czarno białym sposobem prezentacji książki czy czasopisma. Wyprzedzić ma też ona technologie, które zadebiutują już po premierze tableta Apple’a, takie jak przygotowywany przez Microsoft czytnik Courier. Źródła AppleInsidera mówią wręcz o tym, iż Apple zamierza pójść „daleko poza” koncepcję e-readera by „przedefiniować druk”.

Osobą, która nowemu urządzeniu Apple’a poświęca każdą chwilę jest, według doniesień, nie kto inny niż sam Steve Jobs, który jeszcze niedawno dyskredytował czytnik Amazona, twierdząc iż w dzisiejszych czasach mało kto czyta. Warto zatem zadać sobie pytanie coż się w miedzyczasie stało, że Jobs zmienił zdanie? Czy rzeczywiście je zmienił? Na czym polegać ma owe „przedefiniowanie” druku w umysłach masowej publiczności?

Do przedefiniowania druku, czyli do zjawiska, któremu poświęcona jest lwia część pisma Techsty, tworzonego przez wielu autorów od kilku ładnych lat, doszło według nas dawno temu, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, gdy na ekranach komputerów osobistych pojawił się hipertekst. Na początku hipertekstowa struktura pojawiła się w postaci tekstowych gier przygodowych i materiałów edukacyjnych, później – w formie powieści hipertekstowych, a na końcu w postaci śmiało wkraczającego w cyfrowe życie Internetu.

Wydaje się zatem, że przedefiniowywanie druku przez Apple będzie kolejną sztuczną rewolucją, otwieraniem otwartych drzwi, ale w inny, głośniejszy i estetycznie bardziej ponętny sposób. Według mnie jednak nie będzie to służyć książce rozumianej jako tradycyjny przekaz literacki. Ani też przekazowi w postaci wielolinearnego hipertekstu. Sugerują to już informatorzy Applensidera mówiąc o wyjściu „daleko poza e-readery”. Steve Jobs prawdopodobnie nie zmienił zdania i wciąż utrzymuje, że czytanie jest passe. Czy zatem rewolucyjność tabletu Apple’a polegać będzie na tym, że tekst zostanie skondensowny do koniecznego minimum, by ustąpić miejsca zawartości ruchomej, dźwięcznej i kolorowej ? Okaże się wkrótce.

Na szczęście konkurencja nie śpi. A im jej więcej, tym lepiej dla czytelnika. Kindle zawitał właśnie do Polski. W tym tygodniu Fijitsu i Archos wypuściły na rynek dwa urządzenia typu tablet, Microsoft szykuje swojego Couriera, a wydawcy książek już teraz spotykają się by raz jeszcze, wspólnie, obmyśleć strategię jak zarobić na e-bookach w dobie pojawiających się jak grzyby po deszczu tabletów. A zwykły, prosty czytelnik przygląda się na razie temu wszystkiemu mantrując po cichu: „e-booka za 5 złotych poproszę”…..

Więcej o roli, jaką tzw. Tablet PC odegrać może w przyszłości książki – w tym oto artykule z New York Timesa.

Hipertekstowy Czerwony Kapturek

Czerwony Kapturek jest niemożliwy w formie hipertekstu – głosił niegdyś w Bibliotece Aleksandryjskiej Umberto Eco. Wystąpienie autora „Dzieła Otwartego” w sprawie przyszłości książki, do którego doszło przed pięciu laty, wciąż zasługuje na wnikliwą uwagę, nawet tych, którzy nie szczędzą włoskiemu uczonemu słów krytyki jeśli chodzi o jego rozpoznania w dziedzinie literatury elektronicznej.

Refleksję o hipertekście i przyszłości książki Eco rozpoczyna od ciekawego rozróżnienia na system i tekst. Wtargnięcie na scenę kulturową systemów hipertekstowych, które automatyzują referencyjność zasobów wiedzy, a tekże języka, każe przewidywać dość rychłą śmierć tradycyjnych słowników, encyklopedii i podręczników. Eco nie specjalnie nad tym faktem boleje; przyjmuje go wręcz z ulgą podając za przykład pełne fizycznego wysiłku peregrynacje od hasła do hasła w dwudziestotomowej encyklopedii Britanica, którym hipertekst kładzie kres.

Gramatyka, słowniki, oraz encyklopedie to systemy. Poprzez używanie ich możemy produkować tyle tekstów ile nam się podoba – pisze Eco. I hipertekst, jako system, jest tu pomocnym narzędziem.

Jeśli jednak chodzi o hipertekstowy tekst, rozumiany jako pojedyncze, postrzegane jako zamknięta całość dzieło to…Umberto Eco traktuje całe zjawisko niemal jak oksymoron. I tłumaczy:

Tekst sam w sobie nigdy nie jest językowym czy encyklopedycznym systemem. Każdy tekst redukuje nieskończone możliwości systemu do zamkniętego uniwersum. Jeśli na przykład złożę zdanie „Dziś rano jadłem na śniadanie….”, to słownik pozwoli mi na wymienienie wielu rzeczy, które dadzą się strawić. Lecz ja ułożę owe zdanie w sposób określony: „Dziś rano jadłem na śniadanie chleb z masłem”, przez co wykluczam ser, kawior, pastrami czy jabłka. Tekst kastruje wielość możliwości systemu. „Opowieści tysiąca i jednej nocy” mogą być interpretowane na wiele sposobów, ale rzecz dzieje się na Bliskim Wschodzie, a nie we Włoszech, i mowa jest o przygodach Ali Baby czy też Szeherezady, a nie o kapitanie pragnącym złowić białego walenia, czy o toskańskim poecie odwiedzającym Piekło, Czyściec i Raj.

Znamienne jest przejście z rozważań o systemie językowym do refleksji o dziełach jako skończonych i zamkniętych całościach, oczywiście w kontekście hipertekstu. Dla Eco bowiem, hipertekst w zderzeniu z takimi dziełami oznacza [zbędne] dodawanie do nich czegoś, czym one nie są. Czyli chodzi mu o działalność otwierającą tekst na inne teksty poprzez wprowadzenie hiperłącz do potencjalnie każdego słowa:

W „Czerwonym Kapturku” wilk może być połączony tylko z tymi fragmentami, w których się pojawia, lub w których się o nim wspomina. Seria możliwych linków jest ograniczona i skończone. W jaki zatem hipertekstualne strategie byłyby w stanie „otworzyć” skończony i ograniczony tekst?

Według mnie wilka w „Czerwonym Kapturku” można połączyć z czymkolwiek, byle by miało to sensowny wydźwięk dla całości pojedynczej lekturowej sesji. Skąd pomysł na limitowanie możliwych połączeń? Czy Eco nie myli tutaj referencyjności słownikowej z artystyczną? Być może. A jedyną wymienianą przez niego „strategią hipertekstową” jest działalność kolaboracyjna, kiedy to na gotowy tekst wielu czytelników nanosi własne odnogi, komentarze, ciągi dalsze. Owszem, hipertekstowe systemy dają takie możliwości, ale nie są one immanentną cechą hipertekstowego sposobu opowiadania. Ten ostatni można przedstawić z zupełnie odwrotnej strony, jako żywioł redukcjonistyczny. Czerwony Kapturek pocięty na kawałki i połączony na nowo w różny, niespodziewany sposób, będzie najpewniej dziełem krótszym niż oryginał (pozbycie się koniecznej w opowiadaniu liniowym „waty fabularnej”) ale o spotęgowanym potencjale znaczeniowym, wynikającym ze zmieniających się sekwencji lekturowych.

Raz jeszcze, wychodząc od ciekawego uogólnienia [poręczne rozróżnienie na system i tekst, Eco mija się z prawdą co do szczegółu, nad którym nie ma pewnie ochoty się pochylić. Przykład odnajdziemy już w samym wystąpieniu aleksandryjskim, kiedy mówiąc o przykładach papierowych tekstów otwartych, jednego z ich autorów, Marca Saportę, Eco nazywa Maxem Saportą.

Klasyczna sztuka hipertekstu powraca!

Tworzona w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych cyfrowa sztuka słowa nie zginie, wbrew wcześniejszym, elegijnym wypowiedziom na Elektroblogu. Dostępne, choć na 100 procent działające od dość niedawna, emulatory takie jak Basilisk i – przede wszystkim – SheepShaver, rozwiązują problem. Dla przypomnienia: obecne systemy operacyjne nie wspierają już plików stworzonych i odczytywanych w pierwszych powszechnie używanych interfejsach komputerów osobistych, czyli w systemach Apple Macintosh [Os Classic 6, 7, 8, 9]. Ze względów oczywistych, choć głupich [historyczna konkurencja], nie czyni tego Microsoft ze swoim Windows. Największym szokiem była rezygnacja ze wspierania powszechnie używanego do 2002 roku OS Classic przez samego Apple’a. Najnowszy system Leopard przestał odczytywać aplikacje stworzone na przed tą datą. W konsekwencji, przełomowe i pionierskie dla rozwoju sztuki cyfrowej projekty artystów takich jak Eduardo Kac, John Cayley czy Michael Joyce, wrzucone zostały do lamusa. Aby je zobaczyć, przeczytać a nie daj boże studiować, konieczne było zdobycie oryginalnego, starego sprzętu Macintosha, choć przez jakiś czas można było liczyć na korzystanie z trybu Classic w przedostatnim systemie Apple’a – Tiger. Jednak na jak długo?

Dziś sytuacja nie wygląda tak tragicznie. Wraz z emulatorami takimi jak Sheepshaver, można nawet powiedzieć, że wkraczamy w nową epokę, gdzie nic, co zostało stworzone na ekranie komputera nie przepadnie wraz z postępem techniki. Innymi słowy: „żegnaj determinizmie technologiczny” – wyśpiewuje cyfrowa humanistyka…

A oto przykład: dołączony do tego wpisu obrazek to fragment zrzutu ekranu na pulpit komputera Apple’a z systemem Leopard. W części czarno białej znajduje się fragment emulowanego pulpitu z systemem OS 9 Classic. W otwartym oknie widać gotowe do otwarcia powieści hipertekstowe oraz przykłady poezji cyfrowej stworzone między rokiem 1986 a 2003 w programach Hypercard i Storyspace. Aby do tego doszło, musiałem spędzić trochę czasu na przymiarkach, kilka wieczorów na próbach, z dwie noce w falach frustracji oraz jeden poranek w blasku olśnień i epifanii. Ostatecznie zatem udało się i polecam wybranie się szlakiem emulatorów wszystkim, którym dawna sztuka ekranu leży na sercu.

Najbardziej rewolucyjnym, przewrotowym faktem jest jednak to, iż SheepShaver pozwala na emulowanie starego Macintosha także pod Windowsem. Do tej pory funkcję tę, w sposób boleśnie połowiczny, spełniał program Basilisk, który pozwala na emulację Macintosha pod Windowsem od systemu 7.5, co jest dużym ograniczeniem, zatrzymuje nas bowiem na początku lat 90-tych. SheepShaver zmienia tę sytuację radykalnie i daje nam w prezencie całą minioną dekadę….Co do Windows Vista, tutaj nie jest zbyt ciekawie i wydaje się, że okryty niesławą system nie jest łaskawy także dla SheepShaver’a. Być może zmieni się to wraz z Windows 7.

Śmierć cyberprzestrzeni

Każdy komputer da się zsymulować za pomocą maszyny odczytującej nieskończenie długą taśmę – udowadniał Alan Turing. Redukcjonizm ten może też przemawiać za tym, iż przestrzeń kryjąca się za ekranem komputera to fikcja, kolejny mit, który warto czasem obalić. Czy zatem „surfowanie” po Internecie, „odwiedzanie” tego czy innego miejsca to złudzenie i należy ogłosić śmierć cyberprzestrzeni?

Pytania takie sprowokowała we mnie garść refleksji nad przestrzenną naturą powieści hipertekstowych, wywołana po pierwsze aktualizowaniem poświęconych temu zagadnieniu stron Techstów, a po drugie lekturą fragmentów ostatniej książki Marie-Laure Ryan. A z racji iż powieść hipertekstowa to od 25 lat laboratorium tekstu w sieci, rzecz warta jest uwagi.

Ale po kolei. Przestrzenna natura nowych mediów przyjmowana była z dobrodziejstwem inwentarza od lat. Proceduralność, kolaboracyjność, przestrzenność i encyklopedyczność to cztery filary cyberprzestrzeni; to główne wyróżniki interaktywnych, responsywnych środowisk cyfrowych. Tak to ujmowała Janet w swoim wpływowym opracowaniu Hamlet on the Holodeck oraz – z mniejszymi lub większymi modyfikacjami Lev Manovich czy Marie-Laure Ryan, którzy kontynuowali ten kierunek.

Tymczasem po latach, nie bez wpływu myśli ludoligicznej i radykalnej teorii cybertekstu, które redukowały powieść hipertekstową niemalże do rangi wrzucinej na ekran, eksperymentującej literatury druku, w swoim najnowszym wystąpieniu pisze:


Przestrzeń reprezentowana przez mapy Storyspace jest przestrzenią czysto wirtualną, ponieważ sam tekst przechowywany jest w pamięci komputera jako jednowymiarowy ciąg zer i jedynek. W komputerowej organizacji danych nie ma niczego przestrzennego, co zademonstrował już Alan Turing pisząc, iż wszystkie komputery można przedstawić za pomocą maszyny, która czyta nieskończenie długą taśmę.

Czy zatem wynalezienie pulpitu w laboratoriach Xerox Park było czymś dowolnym, przypadkowym? Czy pulpit, w którym upatruje się początek myślenia przestrzennego, dałoby się zastąpić inną, stosowniejszą i mniej przestrzenną metaforą. A co z metaforą sieci, siatki danych, matrycy, o których zaczęto mówić, gdy w drugiej połowie lat 80tych komputery zaczęto łączyć między sobą.

A poza tym….idąc podobnym tropem, powiem wam tetaz to: dobra powieść drukowana nie ma właściwości immersyjnych. Powiedzenie „pogrążyć się w lekturze” (zagłebiwszy się wcześniej z książką w fotelu) są nie na miejscu, gdyż pokryte tekstem karty powieści to nic innego jak nasączone drukarskim tuszem cząteczki celulozy.

Hegiroskop – teaser

Ulotka i plakat przygotowane na konferencję „Przestrzenie Literatury” w Poznaniu zawierają obiecaną przez redakcję Techstów niespodziankę zaproszenie do przedpremierowej lektury nieoficjalnej jeszcze polskiej wersji klasycznej powieści sieciowej Hegiroskop Stuarta Moulthropa. Ulotkę plakat, a wraz z nimi wciąż nie oficjalny link do powieści znaleźć można od na konferencyjnym wą…tku forum. Więcej, zupełnie oficjalnie i premierowo, wraz z cennymi okołohegirospokopowymi dodatkami – już w niedługo w magazynie Techstów .Zapraszamy!

Odkrywanie Ameryki

Aż 16 lat od wprowadzenia przez Adobe formatu PDF musiało upłynąć, aby niektórzy przedstawiciele gildii pisarzy i wydawców wpdali na to, że dobrze by było, gdyby powieści wydawane w formie e-booków wzbogacić o elementy hipertekstowe!

Publikująca e-booki na fictionwise pisarka Rita Toews donosi o specjalnym zadaniu, jakie działająca non-profit organizacja RAND zleciła niejakiemu Johnowi W. Warren’owi: zbadać e-booki i zastanowić się nad ich przyszłością. Swoje badania pan Warren konkluduje tak: „przyszłością e-booków mogą być e-booki poszerzone”. Głównym elementem owego poszerzenia ma być wprowadzenie do komercyjnie dostępnych e-bookow wewnętrznych i zewnętrznych hiperłączy oraz innych zodbyczy hipertekstu takich jak możliwość dodawania własnych linków i komentarzy.

Kolejnych kilka paragrafów swojego wpisu Rita poświęca na zadumę nad szansami i zagrożeniami, jakie te nowatorskie rozwiązania niosłyby dla autorów, wydawców i czytelników.

Cofnęliśmy się w czasie, wpadliśmy w pętlę czasu, czy też na blogową aktywność  domu seniorów w południowej Luizjanie? Za namiary dziękuję Niżej Pospisanemu. Jego książka na iPhone’a wciąż dostępna, i to za darmo.

Tajemnice zawiązywania węzłów

W jaki sposób sieciowa postać dzieła wpływa na jego poszczególne elementy? Jak zachowuje się pojedynczy segment fabularny pod naporem zmieniającego się otoczenia: innych fabularnych segmentów? Na takie pytanie próbowałem odpowiedzieć podczas warszawskiej konferencji „Tekst [w] Sieci”. W ostatniej chwili postanowiłem dodać ilustrację, która by wyjaśniła o jakie zmienne, dynamiczne otoczenia chodzi. Na załączonym obrazku mamy hipertekstową leksję „she” z afternoon, a story Michaela Joyce’a i jej aż trzy unikalne konteksty. Przyznam się, że nie zajrzałem do zawartości „she”. W pośpiechu poszukiwałem na moim wykresie afternoon, poczynionym w Tinderboxie, takich tekstowych węzłów, które pojawiają się oczami czytelnika w jak największej liczbie rożnych konfiguracji. Padło na „she” i tak zostało. W tym przypadku czytelnik dojść może do punktu „she” z trzech różnych miejsc: „begin”, „poetry”, „not you” i wyjść zeń w trzech rożnych kierunkach. Daje nam to aż dziewięć wariantów.

Przez sporą część mojego warszawskiego wystąpienia przekonuję swoich słuchaczy i czytelników jak kunsztownie muszą być skonstruowane segmenty wystawiona na tak zmienną fabularnąÂ konfigurację, niczym fraktale, lub co najmniej magiczne kawałki puzla, które pasują do jakichkolwiek innych kawałków: Fragment “she” musi być tak zbudowany by wytrzymać “napór” swojego zmiennego sąsiedztwa i tworzyć wraz z nim względnie spójne sekwencje lektury. Jane Yelowlees Douglas pokazywała to na przykładzie podszytej wieloznaczościami rozmowy Petera, głównego bohatera, z Wertem. Założyłem tu, we wspomnianym pośpiechu, że „she” to znany mi fragment enigmatycznie opisujący Lolly, jednąÂ z bohaterek. Jakież było moje zdziwienie, gdy w końcu zajrzałem do tej leksji. Składają się na nią dwa wersy:

< Jak mam cie nazywać > pytam.
< Nauzyka > mówi spokojnie.

Fragment ten rzeczywiście pasuje do sześciu otaczających go segmentów i dziewięciu tworzonych przez nie wszystkie kontekstów. Potwierdza on jednak moje tezy o łączliwości, współzależności, modularności i redystrybucyjności węzłów w tekście sieciowymh w sposób, o którym na chwilę zapomniałem: mniej oznacza czasem więcej.