Pochwała (wiecznego) dziewictwa

Pseudoreligijny nonsens z wampirzymi kłami w tle – tak o „New Moon” – nowej filmowej odsłonie sagi Stephanie Meyer pisze recenzent Evening Standard, dając filmowi dwie gwiazdki. I choć gazeta prosta, zwykła, popołudniowa, puenta recenzji wydaje się w równym stopniu trafna jak i głęboka. Jej autor, Andrew O’Hagan, zauważa, że choć główna bohaterka Bella na początku filmu kończy osiemnaście lat, a w trakcie filmu widzimy jak upływa kolejnych kilka pór roku, to seks jako element młodzieńczych relacji pomiędzy bohaterami uznawany jest za najstraszniejszą rzecz jaka może się tu wydarzyć. Abstynencja seksualna z kolei – w filozofii całej wampirzej sagi i przed oczami milionów widzów – jawi się jako coś, co czyni z ludzi…. dobrych ludzi.

Ostrze krytyki chyba jednak nie do końca słusznie O’Hagan kieruje w stronę autorki, pisząc – i to już naprawdę poniżej pasa – że jej opowieści są tak mormońskie, jak ona sama. Skazywanie pięknych, dorosłych już ludzi na wieczne niespełnienie swoich seksualnych pragnień może być motywowane religijnie. Jednak najciekawsze jest to, iż owa „mormońska” filozofia spodobała się tylu milionom nastolatek i ich mam. Któż zatem na miejscu pisarki rezygnowałby z dziewictwa Belli, jako czynnika generującego fabularne zawieszenie, skoro przynosi ono takie zyski? Lekcje z „Przyjemności tekstu” Rolanda Barthesa i prawideł fabulacji wyłożonych w opowieściach Szeherezady wg Johna Bartha odrobione zostały przez Meyer wzorowo.

Nad bestsellerową wampirzą serią unosi się duch czasu. Znajdujemy się dziś chyba najdalej od hippisowskiej idei wolnej miłości od czasów Reagana, Thatcher i Jaruzelskiego. W tym samym numerze Evening Standard Martin Amis, promując książkę „A pregnant widow”, której bohaterką jest jego przedwcześnie zmarła siostra Sally, obwinia za jej śmierć właśnie rewolucję dzieci kwiatów. „Chyba tylko Talibowie byliby ją w stanie ocalić” – mówi Amis, syn jednego z najsłynniejszych hippisów.

Czyżby nadeszła nowa epoka wiktoriańska?

O osiem kilkobajtów za dużo?

Przez około 3 minuty czekałem wczoraj, wraz z pracowniczką Biblioteki Narodowej po drugiej stronie słuchawki, aż wyświetli się jej, na ekranie bibliotecznego komputera, strona główna Techstów. Bez skutku. Bez grafik i arkusza stylów, strona główna ma zaledwie 8 kilobajtów, które powinny się ładować jako pierwsze, nawet więc przy fatalnym przeciążeniu łącz, można widzieć treść w formie tekstowej, chwilę potem już sformatowaną, ale bez grafiki, by w końcu strona załadowała się do końca.

Przypadek ten to ostrzeżenie dla wielu z nas, piszących blogi, strony autorskie, wypuszczających w sieć seryjne, lub pojedyncze projekty. Bierzmy pod uwagę stan połączeń internetowych oraz przeglądarek w dużych instytucjach i dużych korporacjach. Biblioteka Narodowa w Warszawie, była z pewnością jedną z tych instytucji, które korzystały z internetu wtedy, gdy jeszcze większość z nas nie wiedziała, co to takiego. Gdy w ciągu ostatniej dekady cały świat ruszył do przodu, biblioteka pozostała w tym samym miejscu, poza tym, że liczba komputerów podłączononych w jednym gmachu do internetu wzrosła pewnie kilkunastokrotnie.

Nie chciałem być wścibski i pytać z jakiej przeglądarki korzystają pracownicy biblioteki, w tym przypadku odpowiedzialni za przydzielanie numerów ISSN periodykom, w tym – pismom internetowym. Mając w pamięci salkę internetową z Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu, gdzie po raz pierwszy, 10 lat temu, skorzystałem z internetu, nie zdziwiłbym się gdyby to była przeglądarka Internet Explorer 3.0, lub Netscape 3.0.

Nasze Strażnice Wiedzy – stojące niegdyś w awangardzie rewolucji internetowej, najwidocznie zostały przez tę rewolucję pożarte. Szkoda.

Bourriaud – teoria sztuki dla nowych mediów

Nicolas Bourriaud – francuski kurator i krytyk staje się coraz jaśniejszą gwiazdą na firmamencie współczesnej teorii sztuki (w szczególności) i kultury (w ogóle). Jego nazwisko napotykam coraz częściej w swoich przechadzkach po sztuce współczesnej, nie tylko tej cyfrowej i interaktywnej. Warto się zatem przyjrzeć temu, co sprawia, że myśl kuratora paryskiego Palaise de Tokyo jest aż tak atrakcyjna i wkrótce zapewne będzie cytowana tak nagminnie jak idee wciąż modnych patronów Bourriauda (Debor, Foucault, Baudrilliard, Deleuze, Guattari).

Zasadniczą zasługą młodego (42 lata) kuratora wydaje się po pierwsze przeniesienie języka cyfrowych mediów na opis zjawisk współczesnej kultury, a po drugie włączenie zjawisk cyfrowej sztuki do opisu współczesnej kultury.

Główne książki Bourriauda to „Formes de vie : L’Art moderne et l’invention de soi” (1999), „Postproduction: Culture as Screenplay: How Art Reprograms the World” (2000) oraz „EsthĂŠtique relationnelle” (2002).

Tradycyjne rozumienie „sztuki” dla Bourriauda to nic więcej niż semantyczna pozostałość po narracji klasycznej historii sztuki (malarstwo, rzeźba, architektura jako część tej narracji). Dziś musimy o niej mówić inaczej. Sztuka to aktywność, której celem jest tworzenie relacji ze światem za pomocą znaków, form, działań i obiektów.

Słowa kluczowe w myśli Bourriauda to „estetyka relacyjna” oraz „postprodukcja” (no i oczywiście „kapitał”…). Estetyka relacyjna oznacza wartościowanie dzieł na podstawie reprezentowanych, wytwarzanych, lub prowokowanych przez nie międzyludzkich relacji. Sztuka relacyjna to praktyki które biorą za swój teoretyczny i praktyczny punkt wyjścia nie indywidualną, niezależną i prywatną przestrzeń, ale sferę relacji międzyludzkich i ich społecznego kontekstu. Bourriaud widzi też zacieranie się granic pomiędzy wytworem a odbiorem. Dzięki współczesnemu otoczeniu medialnemu i hiperspecjalizacji funkcji społecznych artystą staje się każdy kto coś „pokazuje”, a sztuka przybiera formy skondensowane, kompaktowe:

Pomiędzy interaktywnymi wideo dyskami, CD-romami, bardziej nawet zorientowanymi na multimedia konsolami do gier i maksymalnym wyrafinowaniem miejsc masowej rekreacji: dyskotek i parków tematycznych, zmierzamy w stronę kondensacji czasu wolnego w ujednoliconych formach, w stronę sztuki kompaktowej. Gdy dostępne już staną się CD-romy o wystarczającej autonomii [sic!], książki, wystawy i filmy będą miały konkurenta w takiej formie wyrazu, która jest dużo bardziej wszechstronna i prowokująca do myślenia, i która sprawia, że pismo, obraz i dźwięk przybierają nowe formy i zaczynają funkcjonować w nowych kontekstach. (Relational Arts)

Posprodukcję z kolei rozumieć należy jako modus operandi wielu współczesnych artystów, począwszy od Duchampa i dadaistów. Po tym jak w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zdemokratyzowano komputery i pojawiły się techniki samplingu, wyłoniła się nowa kulturowa konfiguracja. Według Bourriauda, jej emblematycznymi figurami stał się programista, DJ i internauta. Didżejowanie zostaje wyabstrahowane przez Bourriauda i przełożone na na ogólną praktykę artystyczną końca XX i początku XXI wieku. (są to, pozostańmy głównie przy terminach angielskich: crossfading, pitch-control, rapowanie/MCingowanie, wycinanie, plejlisty).

Oprócz Duchampa, praktyka postprodukcji czerpie wiele z praktykowanego przez sytuacjonistów detournement, nie wspominając już Lettrystów, którzy byli przed nimi. Artyści postprodukcji „reedytują historyczne i ideologiczne narracje, dodając nowe elementy, i układają je w alternatywne scenariusze”. Co równie ważne – artyści postprodukcji wychodzą z nową wizją przestrzeni wystawienniczej jako miejsca kohabitacji, sceny otwartej, sytuującej się gdzieś pomiędzy dekoracją, planem filmowym, a centrum informacyjnym.

Tyle jeśli chodzi o streszczenie kilku idei Nicolasa Bourriauda. Przykładów artystów, sposobów prezentowania i rozumienia sztuki, tak ją ją chce rozumieć francuski kurator jest wiele. Weźmy chociaż najbliższy i niedawny: wystawę Mobile Art Video Classics Marka Ameriki, o której pisałem w Techstach. Miejmy nadzieję, że książki Bourriauda szybko zostaną przetłumaczone na język polski. Póki co – polecam znaleziony w sieci esej Waldemara Pranckiewicza, inspirowany książką „Posproduction” o streszczający jej najważniejsze idee.

Respublika Autorów

Jest dziewiąta wieczór, stoimy na chodniku przed małą galerią, gdzie Mark Amerika prezentuje Mobile Phone Video Art Classics. Zaciągając się skręconym przed chwilą papierosem Magda, którą poznałem dwa dni temu, choć ona znała Techsty od dawna, mówi o Guattarim, Deleuzie i krytyce kapitalizmu. Ja wspominam o pierwszym tłumaczeniu Kłącza przez Tadeusza Komendanta z 1982 roku, które znalazłem w opasłym szarym tomie zapomnianego rocznika filozoficznego (z pewnością było to pismo „czerwone”). „Akurat nas, Polaków, mało powinna obchodzić krytyka kapitalizmu” – myślę, po czym jednak spoglądam za siebie, wgłąb galerii, gdzie dwie hiszpańskie DJki z sukcesem umilają nam wieczor, a projektor rzuca na ścianę ściągnięte przez Marka z youtube nagranie Salvadora Dalego występującego w amerykańskim Talk Show z lat 60tych. I nagle zmnieniam zdanie. To co akurat robimy tutaj nie jest bowiem niczym innym jak krytyką kapitalizmu w działaniu. Wszyscy jesteśmy tutaj dobrowolnie, z pasji, nikt nam za to nie płaci, i jeszcze dobrze się przy tym bawimy.

Sklepiki przy Teesdale Street - wykorzystane w filmie Przekręt, reż. Guy'a Ritchie, fotka z serwisu www.movie-locations.com „Gdybyśmy ten wernisaż robili w Nowym Jorku ludzie patrzyliby na nas bardzo podejrzliwie. Na czym oni tutaj zarabiają? – padałyby pytania” – powiedział mi Mark. Tutaj, na północ od Shereditch i na wschód od White Chapel na razie, na szczęscie, nikt się nie dziwi.

Teesdale Street na londyńskim Benthal Green gdzie jesteśmy, to krótka, skromna uliczka, jakiej wiele we wschodnim Londynie, nie wiedzieć czemu akurat tutaj postanowio nakręcić jedną ze scen filmu Przekręt. Za to Brendon – prekursor idei VJowania, który opowiada mi właśnie o swoim występie w Poznaniu, wygląda jak jeden z bohaterów filmu Gyu’a Ritchiego. Gorączka piątkowej nocy podnosi się.

Z chichoczącym Brendonem dołączamy do wycieczki po całym budynku, którą oprowadza rezydujący tu od tygodnia Mark. Jest z nami Neal – zaangażowany politycznie VJ, oraz Jody Zellen z Kaliforni, autorka Ghost City – klasyka w historii net.artu. Na parterze dwie galerie. E-vent skupia wokół siebie tworców niezależnych. Galeria obok jest przedsięwzięciem komercyjnym, częściowo finansującym życie budynku, przy – jak zrozumiałem – wolontariackim wkładzie mieszkańców bloku w niektore projekty.

Na piętrze pracownie. Jedna z nich studio Evy, performerki, opliteratki, oraz inne pracownie. Piętro wyżej obszerny pokój gościnny, niemal sala biesiadna: wielki stół, aneks kuchenno-barowy, duże okna – całość przypominająca salę prób Teatru Ósmego Dnia na Ratajczaka w Poznaniu. Tutaj widok rzadko spotykany: pomieszczenie tak obszerne to strata cennej przestrzeni.

Na samym końcu wychodzimy na dach, na którym zorganizowano taras z monotonnym choć budującym widokiem na wschodni Londyn. Mark wyjaśnia w tym miejscu zasady funkcjonowania domu i jego finansowania, zasady rezydentury (istnieje też kilka pokoi gościnnych). Są zakusy właścicieli, by przerobić całość na komercyjne mieszkania do wynajęcia.
I pewnie prędzej czy poźniej takl się stanie. Póki co: budynek – z galeriami, pracowniami i mieszkaniami pozostaje samotną wyspą artystycznego oporu wobec siły rynku, dzięki czemu ludzie tacy jak my mogąÂ się tu spotykać, co samo w sobie jest ewenementem. Większość z nas zna się nawzajem z tego, co robi na codzień, a co także często ma niewiele wspólnego z robieniem pieniędzy. Ze swoich stron internetowych, występów w galeriach, na seminariach, ze swojej wrzucanej w cyberprzestrzeń twórczości.

Budynek przy Teesdale Street pozwala nam spojrzeć na siebie z innej strony. Na płaszczyźnie krytyki społecznej jesteśmy podobni do niego: działając w ramach kapitalizmu, mając za narzędzia słowa i obrazy (najbardziej podatne na urynkowianie), pokazujemy odrotną stronę jego logiki, kumulując kapitałÂ artystycznych idei i społecznych więzi. Oczywiście dzieje się tak przy pewnej minimalnej nadwyżce materialnej, którą każdy z nas ma. Pod dyskusję trzba zatem wziąć kwestię tego, czy dzieje się tak dlatego, że system nam na to pozwala i wszyscy tutaj, wraz z unoszącą się nad nami utopijną aurą republiki autorów, jesteśmy jego wynikiem, czy też są to działania, które przypisać możemy sobie i tylko sobie i swym kontrprotokołom, a które w systemie innym, byłyby czymś naturalnym.

Poezja Kew

Secluded Garden - Kew, photo: www.rbgkew.org.ukZapach kwitnących drzew i rozgrzanych w słoncu iglaków, szum drewnianej rzeźby – fontanny, klasyczna architektura jednej z wiktoriańskich „światyń dumania” a pomiędzy tym wszystkim wbudowane na stałe, na drewniano – stalowych pulpuitach wersety poezji: pięcio, sześciostrofowe wiersze klasyków brytyjskiej poezji poświęcone dotykowi, zapachowi, dżwiękom itd. Znajdującemu się w tak zaaranżowanym środowisku człowiekowi pozostaje nic innego jak zachłystywanie się świeżym powietrzem i zanurzanie w tej wcale nie wirtualnej rzeczywistości.

Mówię o Secluded Garden – jednym z zakątków Królewskich Ogrodów Botanicznych Kew, zakątków, które w prosty, naturalny sposób wbudowują w swój krajobraz poezję. Ogrody Kew wierne są oczywiście angielskiej idei ogrodu, francuszczyzna obecna choćby wokół neoklasycystycznego pałacu razi swoją kanciastością i butą. Kącik poetycko – rzeżbiarski pomiędzy oranżerią a palmiarnią łączy w sobie oba paradygmaty: nie ma tu ani pełnej dzikości ogrodu romantycznego, ani gwałtu na naturze, którego dokonywał francuski barok i klasycyzm. Tak potraktowana natura okazuje się doskonałym kontekstem dla sztuki: architektury, rzeżby i poezji. W takim kontekście nie wydadzą one z siebie żadnej fałszywej nuty. Wybór wierszy jest nieprzypadkowy, gdyż bodźce, którym poddany zostaje obserwator trafiają do wszystkich zmysłów.

Ogrod Japonski - Kew, photo: www.rbgkew.org.ukTo tutaj być może rodzi się idea parku tematycznego, przypieczętowana sukcesem komercyjnym Legolandu i – przede wszystkim – Disneylandu, będących inspiracją dla czołowych teoretyków multimediów. Koncepcje wirtualnej rzeczywistości, totalnej immersji, doświadczenia płynącego do pięciu zmysłów na raz, w mających 250 lat, lecz wciąż doskonalonych ogrodach, podlegają też nieustannym przewartościowaniom. Demiurdzy wirtualnych światów powinni raz do roku rezerwować sobie ławkę w którymś z zakamarków Kew. To bardzo pouczająca lekcja.

Poszukiwania Second Person

Waterstone's na Gower Street, BloomsburyWydany w tym miesiącu zbiór artykułów „Second Person. Role-Playing and Story in Games and Playable Media” powoli dociera do londyńskich księgarń.

Gdy po raz pierwszy byłem w Londynie, robiliśmy wraz z Irkiem, pełne poświęcenia wyprawy do wszelkich możliwych księgarń. On poszukiwał najnowszych książek z dziedziny oprogramowania ekstremalnego i javy, ja książek z kręgu nowych mediów. On jednak wyjechał z Londynu z pelną torbą książek, a ja z zaledwie jedną (antologią „New Media Reader”).

I jedne i drugie wydawane były głównie w USA, ale niemal zawsze na informacji o wydawcy, znajdowały się słynne „Baltimore and London” (John Hopkins University Press), „Lincoln and London” (University of Nebraska Press) czy „Cambridge, Massachusetts – London, England” (MIT Press). Informacje bibliograficzne wskazywałyby zatem, że Londyn to wydawniczy pępek świata i na półkach tutejszych księgarń znajdzie się każda interesująca nas pozycja. I jest to dużej mierze prawdą. Ĺťyczę każdemu tych samych westchnień, „ochów i achów’ przed półką z ulubionej dziedziny, których doświadczam we właściwych księgarniacj. Jeśli jednak chodzi o nowe media, teorię hipertekstu i gier komputerowych, sytuacja wygląda dość blado. Książki typu „Narrative Across Media” pod redakcją Marie-Laure Ryan, czy wydany rok temu „Hypertext 3.0” Landowa z rzadka, same z siebie lądują na półkach nawet największych lub najbardziej wyspecjalizowanych księgarń. Polityka zamówień opiera się najprawdopodobnie na indywidualnych żądaniach czytelników. Gdy
zamówię jakąś rzadszą książkę księgarnia sprowadzi przy okazji więcej egzemplarzy. Tak było w Foyles (reklamowanej sloganem „the biggest independent bookstore in London”), gdy zamawiałem „Narrative Across Media”.

Pamiętając zatem o takim stanie rzeczy wybrałem się wczoraj do jednej z najpewniejszych księgarń: uniwersyteckiego Waterstone’s na Bloomsbury.
Po kolejnej serii westchnień przy półkach z teorią literatury (znakokmite słowniki i antologie), gdzie szukałem też najlepszego słownika terminów literackich dla Doroty, podszedłem w końcu do kasy i zapytałem o „Second Person”. Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że książka jest w drodze, zostala zamówiona i pojawi się za 10 dni.

Za 10 dni i ja tam się pojawię. Bez względu na to, że mogę zamówić „Second Person” w amazon.com czy bezpośrednio z MIT Press i książka sama przyjdzie do mnie w ciągu 10 dni. Atmosfera księgarni, to, że przed zakupem można książkę dotknąć, przejrzeć, powąchać, oraz te książki, które wpadają nam w ręce po drodze do kasy: wszystko to sprawia, że wciąż warto przedkłać realne zakupy od zakupów tytu „klikniesz i masz”.

Babel – kilka refleksji

Babel – trzeci po „Amores Peros” i „21 gramów” film Alejandro GonzĂĄleza InĂĄrritu dokłada jeszcze jedną, wspaniale wykonaną cegiełkę do wielolinearnych narracji filmowych. Spośród powstałych niedawno filmów tego rodzaju, nie sposób też nie wymienić „Miasta Gniewu” („Crash”) Paula Haggisa. Wszystkie one, poza swoimi wszelkimi innymi wartościami, uczą nas – w niemal szkolny, warsztatowy sposób – jak z sukcesem realizować problem wielowątkowych opowiadań na kartce papieru, taśmie filmowej, czy ekranie komputera.

Za trzema filmami Inarritu stoi Guillermo Arriaga – profesor literatury, autor poczytnych, przynajmniej w świecie latynoamerykańskim, powieści. Bez jego scenariuszy być może nie byłoby także „Miasta Gniewu”, wyrażnie inspirowanego stylem Arriagi.

Co zatem mówią nam te filmy? Według mnie wszystkie one przewartościowują królujący w Hollywood, a zatem i na całym globie, arystotelesowski sposób opowiadania, osiągając jednocześnie wszelkie cele artystotelesowskiej „tragedii” za pomocą środków alternatywnych. Nadrzędna fabuła jest tu wartością dodaną, powoli porcjowanym prezentem, czasem – zaledwie pretekstem. Liczą się poszczególne wątki, i sposób w jaki się one nawzajem przeplatają, liczą się powtórzenia każące widzowi szukać sensu w pozornie nie powiązanych ze sobą ogniwach, liczą się wzorce, które wydobywamy z tak prezentowanej narracji, w końcu – liczy się styl, bo on także rozświetla nam sieć połączeń.

„Rozwinięcie – kulminacja – rozwiązanie”, „zmiana bohatera”, „szczytny cel” (domena wzniosłości), który pozwala czytelnikowi/widzowi empatyzować z bohaterem – wszystkie te pisarskie dogmaty zostają w sposobie opowiadania Arriagi przeniesione z poziomu głównej osi fabularnej na poziom lokalny, odbierany w poszczególnym ujęciu, sekwencji, ogniwie, które dzięki temu, bardzo często, zaczynają zachowywać się jak autonomiczne całostki. Wtedy też struktura liniowa zaczyna kwestionować samą siebie, wskazywać na swoją arbitralność. Poszczególne ujęcia można było równie dobrze ulożyć w inny sposób – zdaje się sugerować duet InĂĄrritu – Ariaga. Ten aspekt ich filmów jest zresztą najczęszstszą przyczyną nieporozumień i krytyki: to, że krytykowi wydaje się, iż mógłby „lepiej” zmontować film jest automatycznie przypisane nie do zalet, lecz do wad filmu. A niby dlaczego? Czyż tak trudno wyobrazić sobie, że być może jest to część założeń estetycznych scenarzysty i reżysera? Widocznie trudno, wciąż żywimy się pragnieniem, by coś zostało nam opowiedziane w sposób jednoznacznie określony, teraz i na zawsze, jak w Biblii.

British Library na St.Pancras

Odwiedziłem British Library. Mimo iż sam budynek jest nowy, funkcjonuje od 7 lat, atmosfera miejsca i ogrom zbiorów dostarcza poczucia, że mamy do czynienia z Matką Bibliotek. Słynna stara czytelnia BL w British Museum jest archetypem bibliotek, bardzo borgesowskim, ze swym rotundowatym kształtem, szklaną kopułą, promieniście rozłożonymi ścieżkami pośród półek, jednak czytelnie na St. Pancras to najbardziej potrzebne każdemu czytelnikowi połączenie funkcjonalności z nowoczesnością i prędkością docierania do interesujących nas pozycji.

Przez kilka godzin przeglądałem zasoby elektroniczne: bibliotekę środkowoeuropejską (ceeol) z tekstami drugimi między innymi, oraz niezastąpiony Project Muse – chyba największy na świecie elektroniczny katalog czasopism humanistycznych, z całą ich zawartościa. Przeszukiwanie Muse to dużo bogatszy research niż ten który proponuje nam na codzień google czy scholar.google.

Sporym minusem korzystania z czytelniii British Library, wynikającym z obowiązku poszanowania praw autorskich, jest brak możliwości bezpośredniego kopiowania cytatów znalezionych w elektronicznych zasobach do własnego komputera. Plusem tej sytuacji jest wymuszona w ten sposób wstępna obróbka znalezionego materiału, zachęcająca do dodawania w locie własnych myśli do znalezionych cytatów. Z narzędziem takim jak Tinderbox pod ręką do burzy mózgu nie daleko.

Jeśli chodzi o zasoby: w katalogu BL znalazłem wsyztsko, czego szukałem. Zabraklo jedynie dwóch z trzech roczników Cybertext Yearbook, wydanych niskim nakładem na Uniwersytecie nw Yvaskylla. Podejrzewam jednak, że był to wybor wydawców tych niszowych tomów, by w Bibliotece znalazł się najbardziej reprezentacyjny z tomów.

W porównaniu polskimi bibliotekami, w których to wizytom nierzadko towarzyszyła frustracja (nie ma tego, nie ma tamtego, na to trzeba czekać trzy tygodnie)….nie ośmielę się porównywać.

Podsumowując: jeśli koniecznie potrzebujesz czterech, pięciu książek wydanych za granicą – kup je w amazon.com, wyniesie cię to około 60 funtów lub 80 euro. Jeśli natomiast potrzebujesz przejrzeć 40, 50 pozycji, to warto wybrać się do British Library, z biletem w obie strony do Londynu, dwoma trzema noclegami u znajomych z Polski, których każdy tu chyba obecnie ma, wyniesie to nie więcej niż 200 a dla super oszczędnych – 150 funtów, czyli coś między 200 a 250 euro.

W następnej przechadzce – o hipertekstach w londyńskich bibliotekach.