eClicto – pamiętajmy o pryncypiach

To jest książka do czytania – bronili się twórcy polskiej wersji czytnika e-książek eClicto na konferencji prasowej tuż przed premierą urządzenia. Chodzi o pytania typu: czy można zaznaczać tekst czytanej książki, czy można wyszukiwać tekst w obrębie książki, czy da się na eClicto odczytać teksty w formatach .txt (czyli naszych zwykłych notatek) czy .html, dlaczego nie ma połączenia z siecią, dlaczego jeśli kupiłem już książkę na jednym czytniku, nie mogę jej przesłać na eClicto oraz serię innych pytań dotyczących podstawowych właściwości tekstu cyfrowego: tego iż działa on na zasadzie bazy danych i sieci, iż jest dynamiczny, modularny, otwarty na modyfikację itp. itd.

Otóż nie. Czytnik e-książek, oraz sama e-książka NIE JEST KSIĄŻKĄ. I tu właśnie tkwi sedno sprawy i sedno każdego dobrego biznezplanu rozbudowanego wokół e-czytnika. Niestety większość producentów kurczowo trzyma się dziecinnej idei imitacji druku jako nośnika literackiej treści. Cyfrowa rewolucja, proces zderzania się tekstu z e-tekstem, odbyła się jakieś dwie dekady temu. Już wtedy zauważono też proces nazywany remediacją: przechodzenie jednego medium w drugie, synergię najlepszych cech tego starego i tego nowego. Dziś na nowo odkrywamy koło i wydaje się nam, że im bardziej e-tekst naśladuje tekst tym lepiej. Przy jednoczesnym okrajaniu podstawowych dobrodziejstw druku, takich jak przyzwoity i przyjazny dla oka format. Tekstowi e-książki odczytywanej w eClicto brakuje kilku dobrych centymetrów do formatu najmniejszego paperbacku (vide photo). Czyli stawką w tej grze jest tylko i wyłącznie ILOŚĆ, że na malutkim ekranie tego urządzenia da się czytać tysiąc a nie jedną książkę?

Tekst w objęciach eClicto udawać będzie zatem, że jest tekstem drukowanym przy jednoczesnym dziwacznym przykurczu, zbyt skromnym spuszczaniu głowy i poważnej amnezji, gdzie w niepamięć odszedł cały potencjał tekstu elektronicznego, o którym uczeni w piśmie debatują od lat. Proponuję poczekać, aż ów okaleczony e-tekst zostanie cudownie uzdrowiony i dumnie wypręży pierś. Kiedy? To już chyba mniej ważne.

O szczegółach dotyczących eClicto, jego ceny, księgarni do której urządzenie to jest przypisane mówić będzie się w najbliższych dniach często, choćby tutaj. O pryncypiach – prawdopodobnie niewiele. Stąd też dzisiejsze tu trzy grosze. I choć już po Andrzejkach, dość łatwo wywróżyć można z nich przyszłość czytnika za …. 950 złotych.

Póki co – proponuję pomarzyć o czytniku za złotówkę.

e-polonistyka 2

W Lublinie rozpoczyna się konferencja e-polonistyka 2. KUL, pod względem dostępności obrad dla wszystkich zainteresowanych, znów okazuje się być very cool. telewizja internetowa iTTv transmitować będzie całość wystąpień i dyskusji. Ma być także możliwość zadawania pytań przez oglądających. Oto link do stron transmisji: http://www.ittv.pl/epolonistyka2/ . Natomiast program konferencji znajduje się tutaj. Spotkanie e-dydaktyków, e-literatów i e-teoretyków potrwa do 4 grudnia.

Pierwszą konferencję e-polonistyka śledziło w internecie około 4 tysiące osób.

Update: Jeszcze jeden link do streamingu, dla tych, którzy mają problem z odbiorem przekazu z pierwszego z linków: http://www.kul.lublin.pl/art_3679.html . U mnie wszystko działa.

Nowe prace grupy Oulipo

Trzynaście nowych, nie publikowanych wcześniej poza Francją prac autorów grupy Oulipo ukazało się w 22 numerze serii wydawniczej McSweeney (San Francisco, Londyn). Związane magnetycznym grzbietem trzy tomy serii trafiły właśnie na biurko redakcji Techstów. W tomie wypełnionym przez oulipowców znalazły się lipogramy Harry’ego Mathewsa, Iana Monka i Oliviera Salon. Są też teksty oparte na legendarnej już formule N+7 (Francois Caradec) a także utwory oparte na nowych recepturach algorytmicznych. Przykładem choćby krótki tekst „Korespondencja” Jacquesa Roubauda, złożony z trzech listów, których treść generowana jest przez doprowadzający do zawrotów głowy, tajemniczy algorytm. Oto początek listu nr 1:

Otrzymałem właśnie Twój ostatni list i bezzwłocznie odpisuję. Pytałeś, czy otrzymałem Twój ostatni list i czy zamierzam nań odpisać. Pozwól mi zatem uściślić, że jeśli po otrzymaniu twojego ostatniego listu, Twój poprzedni list nie jest już ostatni i jeśli odpisuję, co czynię teraz, to nie odpisuję na list otrzymany przed tym ostatnim [tłum. M.P].

I tak dalej, i tak dalej. Innym nowym przykładem literatury opartej na regułach jest „Landscape Monostiches” Jacquesa Joueta, horyzontalnie rozpostarty – jak przystało na wiersz „krajobrazowy” – na dwóch sąsiadujących ze sobą stronach.

Pod każdym z zamieszczonych tu utworów wyczuwa się niewidoczne, nałożone na siebie mechanizmy, których tylko część ujawniana jest czytelnikowi w krótkich przedmowach. Całość raz jeszcze udowadnia, że potencjał Grupy Literatury Potencjalnej, po niemal 50 latach od jej powstania, wcale się nie wyczerpał. Gdzie źródło tej świeżości? Przyczyn jest wiele. O jednej z nich wspomina w przedmowie wydawca. Otóż jednym z założeń artystycznych grupy, skierowanych do każdego z twórców, jest prosta wskazówka, by w towarzystwie innych pozostać sobą.

The State of Constraint: New Work by Oulipo. McSweeney’s Quarterly Concern Issue 22 (Three Books Held Within By Magnets). San Francisco, London.

Apple „przedefiniuje druk” ?

Od „nikt już dziś nie czyta” do „przedefiniowania druku”. Nie istniejący tablet Apple’a i sztuczna rewolucja w czytaniu na ekranie.

Firma Apple, która w pierwszym kwartale przyszłego roku pokazać ma światu swoje nowe przenośne urządzenie – 10 calowy „tablet”, skontaktowała się niedawno z wydawcami poważnych amerykańskich dzienników oraz wydawców książek edukacyjnych – donoszą serwisy Gizmodo i AppleInsider. Rozmowy dotyczyły udostępnienia zawartości owych wydawnictw na platformie iTunes. New York Times oraz książki wydawnictw McGraw Hill i Oberlin Press miałyby być potem dostępne na przenośnych urządzeniach Apple’a. Celem jest dostarczenie czytelnikowi nie tylko cyfrowej wersji tekstu, ale całego multimedialnego pakietu, gdzie statyczny wygląd cyfrowej strony wzbogacony byłby o dźwięk, interaktywną grafkę i wideo. Pakiet taki już teraz okrzyknięty został „treścią nowej generacji”. Ma ona być bardziej nowoczesna i przełomowa niż w czytniku Kindle, z jego dość statycznym, czarno białym sposobem prezentacji książki czy czasopisma. Wyprzedzić ma też ona technologie, które zadebiutują już po premierze tableta Apple’a, takie jak przygotowywany przez Microsoft czytnik Courier. Źródła AppleInsidera mówią wręcz o tym, iż Apple zamierza pójść „daleko poza” koncepcję e-readera by „przedefiniować druk”.

Osobą, która nowemu urządzeniu Apple’a poświęca każdą chwilę jest, według doniesień, nie kto inny niż sam Steve Jobs, który jeszcze niedawno dyskredytował czytnik Amazona, twierdząc iż w dzisiejszych czasach mało kto czyta. Warto zatem zadać sobie pytanie coż się w miedzyczasie stało, że Jobs zmienił zdanie? Czy rzeczywiście je zmienił? Na czym polegać ma owe „przedefiniowanie” druku w umysłach masowej publiczności?

Do przedefiniowania druku, czyli do zjawiska, któremu poświęcona jest lwia część pisma Techsty, tworzonego przez wielu autorów od kilku ładnych lat, doszło według nas dawno temu, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, gdy na ekranach komputerów osobistych pojawił się hipertekst. Na początku hipertekstowa struktura pojawiła się w postaci tekstowych gier przygodowych i materiałów edukacyjnych, później – w formie powieści hipertekstowych, a na końcu w postaci śmiało wkraczającego w cyfrowe życie Internetu.

Wydaje się zatem, że przedefiniowywanie druku przez Apple będzie kolejną sztuczną rewolucją, otwieraniem otwartych drzwi, ale w inny, głośniejszy i estetycznie bardziej ponętny sposób. Według mnie jednak nie będzie to służyć książce rozumianej jako tradycyjny przekaz literacki. Ani też przekazowi w postaci wielolinearnego hipertekstu. Sugerują to już informatorzy Applensidera mówiąc o wyjściu „daleko poza e-readery”. Steve Jobs prawdopodobnie nie zmienił zdania i wciąż utrzymuje, że czytanie jest passe. Czy zatem rewolucyjność tabletu Apple’a polegać będzie na tym, że tekst zostanie skondensowny do koniecznego minimum, by ustąpić miejsca zawartości ruchomej, dźwięcznej i kolorowej ? Okaże się wkrótce.

Na szczęście konkurencja nie śpi. A im jej więcej, tym lepiej dla czytelnika. Kindle zawitał właśnie do Polski. W tym tygodniu Fijitsu i Archos wypuściły na rynek dwa urządzenia typu tablet, Microsoft szykuje swojego Couriera, a wydawcy książek już teraz spotykają się by raz jeszcze, wspólnie, obmyśleć strategię jak zarobić na e-bookach w dobie pojawiających się jak grzyby po deszczu tabletów. A zwykły, prosty czytelnik przygląda się na razie temu wszystkiemu mantrując po cichu: „e-booka za 5 złotych poproszę”…..

Więcej o roli, jaką tzw. Tablet PC odegrać może w przyszłości książki – w tym oto artykule z New York Timesa.

Gliniana tabliczka naszych czasów?

Krążące pogłoski o nowym mini laptopie firmy Apple (mówi się o nim Tablet, iPad, Macbook Touch) prowokują pytanie: czy długo wyczekiwane urządzenie okaże się kolejnym czarnym koniem nie tylko na rynku popularnych netbooków ale też w domenie czytników e-książek ?

Dziecięciocalowy, posiadajacy wirtualną klawiaturę i dotykowy system operacyjny Tablet to na pozór nic innego niż dwu, lub trzy krotnie większy Pod Touch lub iPhone. Jednak właśnie sam rozmiar, wraz z dopracowaną w najmniejszym detalu ergonomią użytkowania, przesądzić mogą o sukcesie urządzenia. Może się okazać ono idealnym polem pisma: cyfrowym, przenośnym pulpitem do czytania i do pisania. Funkcji tej nie pełnią dziś ani zbyt mały iPhone, ani dziesiątki modeli netbooków, ani też zbyt nieporęczne laptopy z ich nieodłącznym, dwudzielnym układem klawiatura-ekran, ani nawet czytnik Kindle Amazona, na którym nie da się pisać tekstów dłuższych niż lista zakupów.

Najbardziej bliską idei tableta [przyp. tablet to po angielsku tabliczka], bliższą nawet niż Kindle, jest stary jak świat sumeryjski wynalazek glinianej tabliczki. Była ona najbardziej długowiecznym nośnikiem zapisu, stosowanym już w starożytnej Mezopotamii, mykeńskiej Krecie jak i w starożytnym Egipcie. Nawet po wynalezieniu papirusu gliniana tabliczka była w Egipcie w powszechnym użyciu jako medium dużo bardziej poręczne, trwałe i wielorazowego użytku. Niezwykła elastyczność nośnika polegała na tym, że poddana dwóm żywiołom – ogniu albo wodzie – zapisana na tabliczce treść mogła być albo utrwalona albo zmazana. Wypalenie zapisanej treści utrwalało ją, zamoczenie – usuwało. Stąd ogromna popularność tabliczek w życiu codziennym starożytnych egipskich kupców, żeglarzy i wszystkich prowadzących wówczas swoją własną działalność. Cóż bowiem bardziej pomagać mogło w prowadzeniu księgowości niż mobilna, trwała i dająca się wielokrotnie używać gliniana tabliczka o rozmiarach od 10 do 25 centymetrów?

Znając firmę Apple od lat, badając tworzone na Macintosha powieści hipertekstowe, wynosząc niemal pod niebiosa applowe podejście do designu i dbałość o sensualne wrażenia użytkownika, przypuszczać można, że nie zapowiedziany jeszcze iPad będzie strzałem w dziesiątkę. Spory sukces można mu wróżyć w świecie akademickim: widok dzisiejszych sal wykładowych, gdzie wykładowca przemawia do kilkudziesięciu ukrytych za monitorami swoich wielkich laptopów studentów, jest już nie tyle komiczny, co irytujący. Czy zatem nadchodzi czas formatu tabliczkowego? Wygodnych, elektronicznych super-książek, które możemy nie tylko komfortowo czytać, ale i w komforcie tworzyć?

Chyba jednak nie do końca. Po pierwsze – urządzenie, którym w ciągu najbliższych miesięcy pochwali się Apple nie będzie stosowało energooszczędnej, przyjaznej dla oczu technologii e-ink. Po drugie Steve Jobs nie lubi książek i w książki, jako znaczące nośniki kulturowych treści, nie wierzy. Na szczęście żyjemy w świecie, gdzie – jak śpiewał niegdyś młodziutki zespół Depeche Mode – the grabbing hands grab what they can, everything counts in large amounts. Jeden album w sklepie iTunes kosztuje 10 dolarów. Elektroniczna wersja bestsellera lub jeden artykuł naukowy w innych sklepach także kosztują 10 dolarów. Żarłoczne prawa rynku i ciągły przymus przypodobania się udziałowcom zadziałać mogą na naszą, czytających i piszących, korzyść.

Hipertekstowy Czerwony Kapturek

Czerwony Kapturek jest niemożliwy w formie hipertekstu – głosił niegdyś w Bibliotece Aleksandryjskiej Umberto Eco. Wystąpienie autora „Dzieła Otwartego” w sprawie przyszłości książki, do którego doszło przed pięciu laty, wciąż zasługuje na wnikliwą uwagę, nawet tych, którzy nie szczędzą włoskiemu uczonemu słów krytyki jeśli chodzi o jego rozpoznania w dziedzinie literatury elektronicznej.

Refleksję o hipertekście i przyszłości książki Eco rozpoczyna od ciekawego rozróżnienia na system i tekst. Wtargnięcie na scenę kulturową systemów hipertekstowych, które automatyzują referencyjność zasobów wiedzy, a tekże języka, każe przewidywać dość rychłą śmierć tradycyjnych słowników, encyklopedii i podręczników. Eco nie specjalnie nad tym faktem boleje; przyjmuje go wręcz z ulgą podając za przykład pełne fizycznego wysiłku peregrynacje od hasła do hasła w dwudziestotomowej encyklopedii Britanica, którym hipertekst kładzie kres.

Gramatyka, słowniki, oraz encyklopedie to systemy. Poprzez używanie ich możemy produkować tyle tekstów ile nam się podoba – pisze Eco. I hipertekst, jako system, jest tu pomocnym narzędziem.

Jeśli jednak chodzi o hipertekstowy tekst, rozumiany jako pojedyncze, postrzegane jako zamknięta całość dzieło to…Umberto Eco traktuje całe zjawisko niemal jak oksymoron. I tłumaczy:

Tekst sam w sobie nigdy nie jest językowym czy encyklopedycznym systemem. Każdy tekst redukuje nieskończone możliwości systemu do zamkniętego uniwersum. Jeśli na przykład złożę zdanie „Dziś rano jadłem na śniadanie….”, to słownik pozwoli mi na wymienienie wielu rzeczy, które dadzą się strawić. Lecz ja ułożę owe zdanie w sposób określony: „Dziś rano jadłem na śniadanie chleb z masłem”, przez co wykluczam ser, kawior, pastrami czy jabłka. Tekst kastruje wielość możliwości systemu. „Opowieści tysiąca i jednej nocy” mogą być interpretowane na wiele sposobów, ale rzecz dzieje się na Bliskim Wschodzie, a nie we Włoszech, i mowa jest o przygodach Ali Baby czy też Szeherezady, a nie o kapitanie pragnącym złowić białego walenia, czy o toskańskim poecie odwiedzającym Piekło, Czyściec i Raj.

Znamienne jest przejście z rozważań o systemie językowym do refleksji o dziełach jako skończonych i zamkniętych całościach, oczywiście w kontekście hipertekstu. Dla Eco bowiem, hipertekst w zderzeniu z takimi dziełami oznacza [zbędne] dodawanie do nich czegoś, czym one nie są. Czyli chodzi mu o działalność otwierającą tekst na inne teksty poprzez wprowadzenie hiperłącz do potencjalnie każdego słowa:

W „Czerwonym Kapturku” wilk może być połączony tylko z tymi fragmentami, w których się pojawia, lub w których się o nim wspomina. Seria możliwych linków jest ograniczona i skończone. W jaki zatem hipertekstualne strategie byłyby w stanie „otworzyć” skończony i ograniczony tekst?

Według mnie wilka w „Czerwonym Kapturku” można połączyć z czymkolwiek, byle by miało to sensowny wydźwięk dla całości pojedynczej lekturowej sesji. Skąd pomysł na limitowanie możliwych połączeń? Czy Eco nie myli tutaj referencyjności słownikowej z artystyczną? Być może. A jedyną wymienianą przez niego „strategią hipertekstową” jest działalność kolaboracyjna, kiedy to na gotowy tekst wielu czytelników nanosi własne odnogi, komentarze, ciągi dalsze. Owszem, hipertekstowe systemy dają takie możliwości, ale nie są one immanentną cechą hipertekstowego sposobu opowiadania. Ten ostatni można przedstawić z zupełnie odwrotnej strony, jako żywioł redukcjonistyczny. Czerwony Kapturek pocięty na kawałki i połączony na nowo w różny, niespodziewany sposób, będzie najpewniej dziełem krótszym niż oryginał (pozbycie się koniecznej w opowiadaniu liniowym „waty fabularnej”) ale o spotęgowanym potencjale znaczeniowym, wynikającym ze zmieniających się sekwencji lekturowych.

Raz jeszcze, wychodząc od ciekawego uogólnienia [poręczne rozróżnienie na system i tekst, Eco mija się z prawdą co do szczegółu, nad którym nie ma pewnie ochoty się pochylić. Przykład odnajdziemy już w samym wystąpieniu aleksandryjskim, kiedy mówiąc o przykładach papierowych tekstów otwartych, jednego z ich autorów, Marca Saportę, Eco nazywa Maxem Saportą.

Klasyczna sztuka hipertekstu powraca!

Tworzona w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych cyfrowa sztuka słowa nie zginie, wbrew wcześniejszym, elegijnym wypowiedziom na Elektroblogu. Dostępne, choć na 100 procent działające od dość niedawna, emulatory takie jak Basilisk i – przede wszystkim – SheepShaver, rozwiązują problem. Dla przypomnienia: obecne systemy operacyjne nie wspierają już plików stworzonych i odczytywanych w pierwszych powszechnie używanych interfejsach komputerów osobistych, czyli w systemach Apple Macintosh [Os Classic 6, 7, 8, 9]. Ze względów oczywistych, choć głupich [historyczna konkurencja], nie czyni tego Microsoft ze swoim Windows. Największym szokiem była rezygnacja ze wspierania powszechnie używanego do 2002 roku OS Classic przez samego Apple’a. Najnowszy system Leopard przestał odczytywać aplikacje stworzone na przed tą datą. W konsekwencji, przełomowe i pionierskie dla rozwoju sztuki cyfrowej projekty artystów takich jak Eduardo Kac, John Cayley czy Michael Joyce, wrzucone zostały do lamusa. Aby je zobaczyć, przeczytać a nie daj boże studiować, konieczne było zdobycie oryginalnego, starego sprzętu Macintosha, choć przez jakiś czas można było liczyć na korzystanie z trybu Classic w przedostatnim systemie Apple’a – Tiger. Jednak na jak długo?

Dziś sytuacja nie wygląda tak tragicznie. Wraz z emulatorami takimi jak Sheepshaver, można nawet powiedzieć, że wkraczamy w nową epokę, gdzie nic, co zostało stworzone na ekranie komputera nie przepadnie wraz z postępem techniki. Innymi słowy: „żegnaj determinizmie technologiczny” – wyśpiewuje cyfrowa humanistyka…

A oto przykład: dołączony do tego wpisu obrazek to fragment zrzutu ekranu na pulpit komputera Apple’a z systemem Leopard. W części czarno białej znajduje się fragment emulowanego pulpitu z systemem OS 9 Classic. W otwartym oknie widać gotowe do otwarcia powieści hipertekstowe oraz przykłady poezji cyfrowej stworzone między rokiem 1986 a 2003 w programach Hypercard i Storyspace. Aby do tego doszło, musiałem spędzić trochę czasu na przymiarkach, kilka wieczorów na próbach, z dwie noce w falach frustracji oraz jeden poranek w blasku olśnień i epifanii. Ostatecznie zatem udało się i polecam wybranie się szlakiem emulatorów wszystkim, którym dawna sztuka ekranu leży na sercu.

Najbardziej rewolucyjnym, przewrotowym faktem jest jednak to, iż SheepShaver pozwala na emulowanie starego Macintosha także pod Windowsem. Do tej pory funkcję tę, w sposób boleśnie połowiczny, spełniał program Basilisk, który pozwala na emulację Macintosha pod Windowsem od systemu 7.5, co jest dużym ograniczeniem, zatrzymuje nas bowiem na początku lat 90-tych. SheepShaver zmienia tę sytuację radykalnie i daje nam w prezencie całą minioną dekadę….Co do Windows Vista, tutaj nie jest zbyt ciekawie i wydaje się, że okryty niesławą system nie jest łaskawy także dla SheepShaver’a. Być może zmieni się to wraz z Windows 7.

Śmierć cyberprzestrzeni

Każdy komputer da się zsymulować za pomocą maszyny odczytującej nieskończenie długą taśmę – udowadniał Alan Turing. Redukcjonizm ten może też przemawiać za tym, iż przestrzeń kryjąca się za ekranem komputera to fikcja, kolejny mit, który warto czasem obalić. Czy zatem „surfowanie” po Internecie, „odwiedzanie” tego czy innego miejsca to złudzenie i należy ogłosić śmierć cyberprzestrzeni?

Pytania takie sprowokowała we mnie garść refleksji nad przestrzenną naturą powieści hipertekstowych, wywołana po pierwsze aktualizowaniem poświęconych temu zagadnieniu stron Techstów, a po drugie lekturą fragmentów ostatniej książki Marie-Laure Ryan. A z racji iż powieść hipertekstowa to od 25 lat laboratorium tekstu w sieci, rzecz warta jest uwagi.

Ale po kolei. Przestrzenna natura nowych mediów przyjmowana była z dobrodziejstwem inwentarza od lat. Proceduralność, kolaboracyjność, przestrzenność i encyklopedyczność to cztery filary cyberprzestrzeni; to główne wyróżniki interaktywnych, responsywnych środowisk cyfrowych. Tak to ujmowała Janet w swoim wpływowym opracowaniu Hamlet on the Holodeck oraz – z mniejszymi lub większymi modyfikacjami Lev Manovich czy Marie-Laure Ryan, którzy kontynuowali ten kierunek.

Tymczasem po latach, nie bez wpływu myśli ludoligicznej i radykalnej teorii cybertekstu, które redukowały powieść hipertekstową niemalże do rangi wrzucinej na ekran, eksperymentującej literatury druku, w swoim najnowszym wystąpieniu pisze:


Przestrzeń reprezentowana przez mapy Storyspace jest przestrzenią czysto wirtualną, ponieważ sam tekst przechowywany jest w pamięci komputera jako jednowymiarowy ciąg zer i jedynek. W komputerowej organizacji danych nie ma niczego przestrzennego, co zademonstrował już Alan Turing pisząc, iż wszystkie komputery można przedstawić za pomocą maszyny, która czyta nieskończenie długą taśmę.

Czy zatem wynalezienie pulpitu w laboratoriach Xerox Park było czymś dowolnym, przypadkowym? Czy pulpit, w którym upatruje się początek myślenia przestrzennego, dałoby się zastąpić inną, stosowniejszą i mniej przestrzenną metaforą. A co z metaforą sieci, siatki danych, matrycy, o których zaczęto mówić, gdy w drugiej połowie lat 80tych komputery zaczęto łączyć między sobą.

A poza tym….idąc podobnym tropem, powiem wam tetaz to: dobra powieść drukowana nie ma właściwości immersyjnych. Powiedzenie „pogrążyć się w lekturze” (zagłebiwszy się wcześniej z książką w fotelu) są nie na miejscu, gdyż pokryte tekstem karty powieści to nic innego jak nasączone drukarskim tuszem cząteczki celulozy.

Hegiroskop – teaser

Ulotka i plakat przygotowane na konferencję „Przestrzenie Literatury” w Poznaniu zawierają obiecaną przez redakcję Techstów niespodziankę zaproszenie do przedpremierowej lektury nieoficjalnej jeszcze polskiej wersji klasycznej powieści sieciowej Hegiroskop Stuarta Moulthropa. Ulotkę plakat, a wraz z nimi wciąż nie oficjalny link do powieści znaleźć można od na konferencyjnym wą…tku forum. Więcej, zupełnie oficjalnie i premierowo, wraz z cennymi okołohegirospokopowymi dodatkami – już w niedługo w magazynie Techstów .Zapraszamy!

Kulturowy moment powieści

Kate Pullinger, autorka między innymi elektronicznego opowiadania Inanimate Alice, dzieli się z czytelnikami serwisu Internet Evolution, doświadczeniami związanymi ze swoim odejściem jako autorki od literatury papierowej do literatury elektronicznej. Utrzymując się wciąż głównie ze swoich drukowanych książek, Pullinger zdaje sobie sprawę, że nadchodzą poważne zmiany i że dawne sposoby dystrybucji literatury przechodzą do historii. Co więcej, pisze Kate, sama powieść, rozumiana jako pojedyncze dzieło pojedynczego autora skierowane do osamotnionego w swej lekturze czytelnika to „pozostałość po pewnym momencie kulturowym, który trwał nieco więcej niż 250 lat”. Moment ten, czyli powieść jako główny nośnik kulturowej ekspresji, już teraz omija młode pokolenie, dorastające w dobie cyfrowych  mediów.

Literacki potencjał nowych mediów wciąż nie jest jednak wykorzystany. Pullinger pisze:

„Przejście od literatury na zadrukowanej kartce papieru do literatury na ekranie zacznie się tak naprawdę wtedy, gdy pisarze, wydawcy i czytelnicy w pełni zdadzą sobie sprawę z możliwości nowych mediów, ktore mogą się wyrażać dziś na przykład jako opowiadania na iPoda łączące obraz muzykę i dźwięk z wciągającą fabułą; opowiadania na telefony komórkowe, które maksymalnie wykorzystują fakt iż większość ludzi przez cały czas ma telefony przy sobie; powieści sieciowe, które przemieszczają się wzdłuż sieci społecznych i poza nie, pociągając za sobą czytelników. Wszystkie te nowe formy będą mogły ukazać nam sposoby czytania, których sobie nawet nie wyobrażaliśmy”

Kulturowy moment, którego pozostałością ma być powieść, w naszych polskich warunkach rozpoczął się nawet nieco później. Pullinger datuje go od drugiej połowy XVIII wieku, w której to upatruje się narodzin nowożytnej powieści. Jednak w Polsce co najmniej do połowy XIX wieku dominującą formą przekazu była poezja. O wpływie wierszy Mickiewicza czy Słowackiego na myśli i działania międzypowstaniowego pokolenia napisano wiele. Moment powieści narodził się dopiero w pokoleniu następnym. I dominował aż do…..no właśnie, do kiedy? W którym momencie powieść na dobre ustąpiła swojemu wciąż dziś potężnemu konkurentowi, za który należy uznać film (czy to w formie filmu kinowego, czy też serialu telewizyjnego). I czy nowe media nie są tak naprawdę, zwłaszcza w tym serialowym kontekście, szansą na nowy oddech literatury? Kiedy nastąpi przejęcie pałeczki przez grę komputerową i czy będzie to dobra wiadomość dla sztuki słowa? Odpowiedzi na te pytania w bardzo przejrzysty sposób mogą nam pokazać, gdzie – w ramach współczesnego krajobrazu nowych i starych mediów – znajduje się każdy z nas, jako czytelnik, krytyk i twórca.