Bałwochwał w Częstochowie

Bałwochwał – oldskulowa gra paragafowa w sieci, po swojej prapremierze na festiwalu Ha!wangarda, doczekuje się dziś premierowego czytania podczas Festiwalu Dekonstrukcji Słowa „Czytaj!” w Częstochowie. Zrealizowana przez Ha!art ludyczno-hipertekstowa adaptacja opowiadań Schulza, stworzona przez Mariusza Pisarskiego i Marcina Bylaka, zaprezentowana zostanie w środę 16 października w Zespole Szkół Plastycznych im. Jacka Malczewskiego przy ul. Pułaskiego 15. Przypomnijmy, festiwal „Czytaj!” od kilku lat konsekwentnie prezentuje literackie hiperteksty. W październiku 2010 tu tutaj odbyły się pierwsze warsztaty hipertekstowe wokół polskiego tłumaczenia popołudnia, pewnej historii Michaela Joyce’a,

Czytanie fragmentów najnowszej hipertekstowej gry literackiej poprzedzi film „Bałwochwał od kuchni” przygotowany specjalnie dla festiwalu „Czytaj”. Serdecznie zapraszamy do Czestochowy, na stronę wydarzenia na Facebooku oraz na portal Ha!artu, gdzie całość rezyduje. Dziękujemy też za wyśmienitą grafikę festiwalową.

Dotykowy i intymny: o Schemacie w Bunkrze

Spotkanie w krakowskim Bunkrze Sztuki, poświęcone związkom refleksji i prozy Micheala Joyce’a z Czesławem Miłoszem i związkom hipertekstu literackiego z „księgą różności”, które przez pierwszą godzinę prowadziłem sam, potoczyło się w jeszcze ciekawszym kierunku, gdy przeszliśmy do jego drugiej, nie wszędzie zapowiadanej części: spotkania ze Schematem Konrada Polaka. Szczęśliwe się złożyło, że krakowskim czytelnikom mogła pokazać się trójka osób zaangażowanych w ten projekt i która go – jako powieść hipertekstową na smartfona – w różnym stopniu współtworzyła. Czym jest Schemat dla Piotra Mareckiego, wydawcy i pomysłodawcy formuły smartfonowej, który od tygodnia jeździ po Polsce, pokazując powieść na spotkaniach publicznych i prywatnych. Czym jest Schemat dla projektanta hipertekstowego i web-designera. Czym w końcu jest ta powieść dla autora, Konrada Polaka.

Autor stawiał akcent na przygodę, jaką niosą z sobą linki spajające ze sobą cząstki przeplatających się opowieści, empatyzując z czytelnikiem, zachęcał go do gry, do zabawy w rozgałęziające się ścieżki i ? w duchu miłoszowskim -do szukania powiązań, mówił także o tym, jak hipertekstowa formuła pozwoliła po powiązać z sobą partie surowego materiału, których nie podejrzewał o powinowactwa. Wprowadzał też w atmosferę powieści anegdotami z jej powstawania, kiedy to czasem celowo nastawiał sobie budzik okrutne, nocne godziny, by spisywać sny…

Wydawca z kolei podkreślał wyjątkowość i nowość sytuacji lekturowej w przypadku powieści na smartfona: kiepsko się ją czyta na ekranie komputera, za to w dłoniach i pod palcami czytelnika tekst dostosowuje się do wielkości ekranu, zaprasza do dotyku, sprzyja lekturze wręcz intymnej. Czyta się go na osobości, lekturom publicznym wersja smartfonowa nie sprzyja. Schemat, jak się okazuje, potrafi też szokować samym faktem, że jako aplikacja na smartfony, dostępny jest za darmo.

A mnie w zasadzie, po wcześniejszym wystąpieniu na temat Schematu, pozostało słuchanie tych uwag i uczenie się od kolegów innych spojrzeń na tę samą rzecz. Krakowską publiczność zelektryzowała idea ukrytej, piątej ścieżki tekstu: linii korespondencyjnej, która z założenia jest otwartym, niedokończonym i rozrastającym się pasmem tego utworu, zainaugurowanym przez korespondencję autora z redaktorem, ale mogącym pomieścić urywki recenzji, głosów czytelników, zapisów audio i wideo, a nawet pustych ekranów, jak sobie wyobraża nie tylko autor, redaktor czy wydawca, ale jak widzą to także czytelnicy. I tak się stanie: ukryta linia korespondencyjna, do której prowadzić będzie tylko jeden link w powieści, jest dynamiczną, wciąż wydłużającą się odnogą tekstu, która sama już teraz zaczyna się rozgałęziać?.

Zapraszam do Schematu!

Mariusz Pisarski, Michael Joyce, Czesław Miłosz i hipertekst! Post-gutenbergowskie nadzieje sylwy współczesnej + spotkanie ze Schematem Konrada Polaka (Marecki, Pisarski, Polak), z cyklu Przestrzeń Kultury, Bunkier Sztuki 7.12.2011

SKŁADAKI

„SKŁADAKI”, najnowszy projekt Małgorzaty Dawidek Gryglickiej, sytuuje znajomą nam artystkę raz jeszcze w polu sztuki nielinearnej, kombinatorycznej, sztuki światów możliwych. Pokazywana w Muzeum Współczesnym we Wrocławiu wystawa 40 białych kubików z literami na sześciu bokach ma na celu stworzenie pola „komunikacji możliwej” ponad językami narodowymi. Chodzi zatem o poszukiwanie wspólnych korzeni językowych: greckich i łacińskich. W praktyce Gryglicka Dawidek zaprasza do zabawy w przestawianie kubików i do swobodnej gry językowej. Wystawa jest zatem konfigurowalna i partycypacyjna, nawet jeszcze bardziej niż hipertekst w przestrzeni Krótka historia przypadku Szczegółów jeszcze nie znam, ale zapowiada się naprawdę ciekawie. Polecam!

Szczegóły: „SKŁADAKI”, wersja europejska, 2011
Muzeum Współczesne Wrocław, 21.10.2011. 18.00
pl. Strzegomski 2a, 53-681 Wrocław
Pon. 10.00 – 18.00, Wt. zamknięte, Śr.-Nd. 12.00–20.00
cykl: Ă PROPOS

Interakcja u źrodeł: książki dla dzieci

Korzenie interaktywnej książki rozchodzą się w wielu kierunkach. Jednym z najbardziej przemilczanych, zwłaszcza jeśli chodzi o profesjonalną krytykę literacką, jest dziedzictwo literatury dziecięcej. Tymczasem gdzie indziej, jeśli nie tam, szukać książek, które wymagają od czytelnika aktywnej współpracy i odwołują się do wielu zmysłów na raz. New York Times Books, przy okazji recenzji książki dla dzieci „Press here” Arthura Geiserta, przypomina o długoletniej tradycji książek typu „lift-the-flap”, które zachęcają dziecko do odkrywania tekstu lub obrazku pod tekturowym okienkiem. Taka praktyka czytania świetnie sprzyja fabułom-zgadywankom, narracjom wykorzystującym elementy zabawy, na przykład w chowanego (przykładowy tytuł to „Hide and seek Pig”). Inną tradycję wyznacza „Pat the Bunny” z 1940 roku. Stworzona przez Dorothy Kunhardt, znaną autorkę książek dla dzieci, „Pat the Bunny” była czymś więcej niż tekstem i ilustracją na papierze. Tytułowego królika można było na jednej stronie dotknąć, pocierając o materiał podobny do króliczej sierści, na kolejnej stronie znajdowało się lusterko, a na jeszcze innej kawałek papieru ściernego, który oznaczać miał „szorstką twarz tatusia” (Wikipedia.org). Książka Kunhard otwiera nurt książek „touch-and-feel”, które wprzęgały w proces wytwarzania znaczeń materiał multisensoryczny. Odtąd książka nie cieszyła już tylko wzroku i węchu (tak wychwalany przez orędowników tradycyjnej książki i przeciwników e-literatury), ale też zmysł dotyku, później też słuchu. A wszystko to długo przed komputerami.

„Pat the Bunny” to dzisiaj już nie tylko książka, ale cały franchise, utrzymany w duchu konwergencji mediów: możną ją czytać także jako aplikacja na iPhone’a i iPada.

Książki bez stron – era iPada

Wśród szumu i zgiełku jako unosi się nad iPadem Apple’a trudno o głos umiarkowania. Tym milej czyta się słowa, które w swojej trzeźwości i dalekowzroczności przerastają nawet oczekiwania piewców e-booków. Dostarcza nam ich esej Books in the Age of iPad poświęcony technicznym i kulturowym konsekwencjom iPada dla świata książki i dla przekazu literackiego w ogóle. Jego autor – Craig Mod (pseudonim ?) swoje spostrzeżenia wspiera długoletnim doświadczeniem w tworzeniu książek artystycznych.

Craig przez większa cześć minionej dekady badał granice papierowego przekazu. Zakochany w zapachu i fakturze zadrukowanych kartek, a jednocześnie w kapryśnym, trudno dającym się schwytać pomiędzy tradycyjną obwolutę tekście, Tworzył z jednej strony liberaturę – książki wyzwalające się z tradycyjnych, drukarskich konwencji, a z drugiej – książki piękne, doprowadzające gutenbergowski paradygmat do kresu artystycznych możliwości.

iPad – według autora eseju – niesie większy potencjał dla przekazu literackiego niż najbardziej wyzwolona, wyrafinowana książka:

Uwielbiałem proces tworzenia pięknych książek drukowanych. Uwielbiałem skończoność gotowego produktu. Uwielbiałem piekielnie seksowną dotykowość tych małych cegiełek papieru i tuszu. Ale powiem wam otwarcie: ekscytacja, jaką czuję na myśl o iPadzie jako twórca treści, projektant książek i wydawca jest równie wielka.

Według Craiga Moda wraz z iPadem mamy szansę na platformę do konsumowania bogatej w treść formy cyfrowej i jednocześnie ciekawszej treści drukowanej.

Aby zrozumieć co czyni iPad tak interesującym Mod systematycznie wyjaśnia w jaki sposób doszliśmy do sytuacji, w której się obecnie znajdujemy, i która umieszcza iPad na głównym skrzyżowaniu dążeń do bogatszej, ciekawszej treści.
Wyjaśnienia swoje twórca eseju kieruje do autorów i wydawców, projektantów, typografów i innych rzemieślników Gutenberga.

Wbrew pozorom nie ma tutaj obwieszczania śmierci książki. Wręcz przeciwnie. Tym, czym się wraz z epoką iPada pozbywamy, jest tanio, brzydko i szybko wydane czytadło, które kupujemy na jednym lotnisku i zostawiamy na drugim, które czytamy na plaży i w toalecie. Tym co zyskujemy, jest wydawanie drukiem książek, które naprawdę są tego warte i swoje istnienie w formie papierowej potrafią mocno uzasadnić.

W kolejnej części swego autor przechodzi do konkretów. I tu zaczyna się jeszcze bardziej fascynująca, brawurowa argumentacja. Mod pokazuje jak iPad zmienia sposób komponowania, składania, segmentowania treści. A czyni to do tego stopnia, iż zmianie ulec muszą nasze podstawowe rozumienie tego, czym jest książka. Dla przykładu – koncepcja strony jako jednostki przekazu w medium książkowym traci rację bytu na iPadzie. Zamiast przewracania stron możemy przecież przesuwać się po panoramie tekstu (załączony obrazek). Czy mówienie książce wciąż jeszcze ma sens?

Najistotniejsze w tym wystąpieniu jest to, iż wszystkie jego rozpoznania są w gruncie rzeczy bardzo dobrymi wiadomościami dla wydawców książek. Na dziś i na przyszłoć. Wygrają ci, którzy są w stanie tę subtelność dostrzec.

Esej Books in the Age of Print wyłowił z sieci i podesłał mi Andrzej Pająk

Apple „przedefiniuje druk” ?

Od „nikt już dziś nie czyta” do „przedefiniowania druku”. Nie istniejący tablet Apple’a i sztuczna rewolucja w czytaniu na ekranie.

Firma Apple, która w pierwszym kwartale przyszłego roku pokazać ma światu swoje nowe przenośne urządzenie – 10 calowy „tablet”, skontaktowała się niedawno z wydawcami poważnych amerykańskich dzienników oraz wydawców książek edukacyjnych – donoszą serwisy Gizmodo i AppleInsider. Rozmowy dotyczyły udostępnienia zawartości owych wydawnictw na platformie iTunes. New York Times oraz książki wydawnictw McGraw Hill i Oberlin Press miałyby być potem dostępne na przenośnych urządzeniach Apple’a. Celem jest dostarczenie czytelnikowi nie tylko cyfrowej wersji tekstu, ale całego multimedialnego pakietu, gdzie statyczny wygląd cyfrowej strony wzbogacony byłby o dźwięk, interaktywną grafkę i wideo. Pakiet taki już teraz okrzyknięty został „treścią nowej generacji”. Ma ona być bardziej nowoczesna i przełomowa niż w czytniku Kindle, z jego dość statycznym, czarno białym sposobem prezentacji książki czy czasopisma. Wyprzedzić ma też ona technologie, które zadebiutują już po premierze tableta Apple’a, takie jak przygotowywany przez Microsoft czytnik Courier. Źródła AppleInsidera mówią wręcz o tym, iż Apple zamierza pójść „daleko poza” koncepcję e-readera by „przedefiniować druk”.

Osobą, która nowemu urządzeniu Apple’a poświęca każdą chwilę jest, według doniesień, nie kto inny niż sam Steve Jobs, który jeszcze niedawno dyskredytował czytnik Amazona, twierdząc iż w dzisiejszych czasach mało kto czyta. Warto zatem zadać sobie pytanie coż się w miedzyczasie stało, że Jobs zmienił zdanie? Czy rzeczywiście je zmienił? Na czym polegać ma owe „przedefiniowanie” druku w umysłach masowej publiczności?

Do przedefiniowania druku, czyli do zjawiska, któremu poświęcona jest lwia część pisma Techsty, tworzonego przez wielu autorów od kilku ładnych lat, doszło według nas dawno temu, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, gdy na ekranach komputerów osobistych pojawił się hipertekst. Na początku hipertekstowa struktura pojawiła się w postaci tekstowych gier przygodowych i materiałów edukacyjnych, później – w formie powieści hipertekstowych, a na końcu w postaci śmiało wkraczającego w cyfrowe życie Internetu.

Wydaje się zatem, że przedefiniowywanie druku przez Apple będzie kolejną sztuczną rewolucją, otwieraniem otwartych drzwi, ale w inny, głośniejszy i estetycznie bardziej ponętny sposób. Według mnie jednak nie będzie to służyć książce rozumianej jako tradycyjny przekaz literacki. Ani też przekazowi w postaci wielolinearnego hipertekstu. Sugerują to już informatorzy Applensidera mówiąc o wyjściu „daleko poza e-readery”. Steve Jobs prawdopodobnie nie zmienił zdania i wciąż utrzymuje, że czytanie jest passe. Czy zatem rewolucyjność tabletu Apple’a polegać będzie na tym, że tekst zostanie skondensowny do koniecznego minimum, by ustąpić miejsca zawartości ruchomej, dźwięcznej i kolorowej ? Okaże się wkrótce.

Na szczęście konkurencja nie śpi. A im jej więcej, tym lepiej dla czytelnika. Kindle zawitał właśnie do Polski. W tym tygodniu Fijitsu i Archos wypuściły na rynek dwa urządzenia typu tablet, Microsoft szykuje swojego Couriera, a wydawcy książek już teraz spotykają się by raz jeszcze, wspólnie, obmyśleć strategię jak zarobić na e-bookach w dobie pojawiających się jak grzyby po deszczu tabletów. A zwykły, prosty czytelnik przygląda się na razie temu wszystkiemu mantrując po cichu: „e-booka za 5 złotych poproszę”…..

Więcej o roli, jaką tzw. Tablet PC odegrać może w przyszłości książki – w tym oto artykule z New York Timesa.

Kulturowy moment powieści

Kate Pullinger, autorka między innymi elektronicznego opowiadania Inanimate Alice, dzieli się z czytelnikami serwisu Internet Evolution, doświadczeniami związanymi ze swoim odejściem jako autorki od literatury papierowej do literatury elektronicznej. Utrzymując się wciąż głównie ze swoich drukowanych książek, Pullinger zdaje sobie sprawę, że nadchodzą poważne zmiany i że dawne sposoby dystrybucji literatury przechodzą do historii. Co więcej, pisze Kate, sama powieść, rozumiana jako pojedyncze dzieło pojedynczego autora skierowane do osamotnionego w swej lekturze czytelnika to „pozostałość po pewnym momencie kulturowym, który trwał nieco więcej niż 250 lat”. Moment ten, czyli powieść jako główny nośnik kulturowej ekspresji, już teraz omija młode pokolenie, dorastające w dobie cyfrowych  mediów.

Literacki potencjał nowych mediów wciąż nie jest jednak wykorzystany. Pullinger pisze:

„Przejście od literatury na zadrukowanej kartce papieru do literatury na ekranie zacznie się tak naprawdę wtedy, gdy pisarze, wydawcy i czytelnicy w pełni zdadzą sobie sprawę z możliwości nowych mediów, ktore mogą się wyrażać dziś na przykład jako opowiadania na iPoda łączące obraz muzykę i dźwięk z wciągającą fabułą; opowiadania na telefony komórkowe, które maksymalnie wykorzystują fakt iż większość ludzi przez cały czas ma telefony przy sobie; powieści sieciowe, które przemieszczają się wzdłuż sieci społecznych i poza nie, pociągając za sobą czytelników. Wszystkie te nowe formy będą mogły ukazać nam sposoby czytania, których sobie nawet nie wyobrażaliśmy”

Kulturowy moment, którego pozostałością ma być powieść, w naszych polskich warunkach rozpoczął się nawet nieco później. Pullinger datuje go od drugiej połowy XVIII wieku, w której to upatruje się narodzin nowożytnej powieści. Jednak w Polsce co najmniej do połowy XIX wieku dominującą formą przekazu była poezja. O wpływie wierszy Mickiewicza czy Słowackiego na myśli i działania międzypowstaniowego pokolenia napisano wiele. Moment powieści narodził się dopiero w pokoleniu następnym. I dominował aż do…..no właśnie, do kiedy? W którym momencie powieść na dobre ustąpiła swojemu wciąż dziś potężnemu konkurentowi, za który należy uznać film (czy to w formie filmu kinowego, czy też serialu telewizyjnego). I czy nowe media nie są tak naprawdę, zwłaszcza w tym serialowym kontekście, szansą na nowy oddech literatury? Kiedy nastąpi przejęcie pałeczki przez grę komputerową i czy będzie to dobra wiadomość dla sztuki słowa? Odpowiedzi na te pytania w bardzo przejrzysty sposób mogą nam pokazać, gdzie – w ramach współczesnego krajobrazu nowych i starych mediów – znajduje się każdy z nas, jako czytelnik, krytyk i twórca.

Odkrywanie Ameryki

Aż 16 lat od wprowadzenia przez Adobe formatu PDF musiało upłynąć, aby niektórzy przedstawiciele gildii pisarzy i wydawców wpdali na to, że dobrze by było, gdyby powieści wydawane w formie e-booków wzbogacić o elementy hipertekstowe!

Publikująca e-booki na fictionwise pisarka Rita Toews donosi o specjalnym zadaniu, jakie działająca non-profit organizacja RAND zleciła niejakiemu Johnowi W. Warren’owi: zbadać e-booki i zastanowić się nad ich przyszłością. Swoje badania pan Warren konkluduje tak: „przyszłością e-booków mogą być e-booki poszerzone”. Głównym elementem owego poszerzenia ma być wprowadzenie do komercyjnie dostępnych e-bookow wewnętrznych i zewnętrznych hiperłączy oraz innych zodbyczy hipertekstu takich jak możliwość dodawania własnych linków i komentarzy.

Kolejnych kilka paragrafów swojego wpisu Rita poświęca na zadumę nad szansami i zagrożeniami, jakie te nowatorskie rozwiązania niosłyby dla autorów, wydawców i czytelników.

Cofnęliśmy się w czasie, wpadliśmy w pętlę czasu, czy też na blogową aktywność  domu seniorów w południowej Luizjanie? Za namiary dziękuję Niżej Pospisanemu. Jego książka na iPhone’a wciąż dostępna, i to za darmo.

Cyfrowa rewolucja? Jeszcze nie teraz.

Na sprzedaż elektronicznych wersji książek objętych prawami autorskimi, lecz które wyszły z druku, zezwolili serwisowi Google amerykańscy wydawcy i autorzy. Porozumienie w tej sprawie podpisano w ubiegłym tygodniu i – jak przypomina International Harald Tribune – dotyczy ono zdecydowanej większości istniejących na świecie książek. Ta wydawnicza umowa w konsekwencji zapowiada otwarcie największej księgarni w historii książki. Na razie miliony pozycji, które udostępni serwis books.google.com będą mogli kupować tylko Amerykanie. Google starać się będzie jednak o wprowadzenie podobnego serwisu w Europie.

Przy okazji doniesień o tej przełomowej decyzji, Harald Tribune podaje kilka kolejnych faktów, które przemawiać mają za tym, że ostatni bastion świata analogowego: rynek wydawniczy, nie będzie w stanie długo bronić się przed postępującą rewolucją cyfrową. Po pierwsze: europejskie biblioteki narodowe planują w tym miesiącu udostępnić 2 miliony zdygitalizowanych książek i obiektów ważnych dla dziedzictwa kulturowego Starego Kontynentu. Projekt Europeana objąć ma także filmy, czasopisma, materiały dźwiękowe i obrazy. Po drugie, sprzedaż książek elektronicznych wzrosła w ubiegłym roku o 70 procent. Niektórzy wydawcy zapowiadają, że do 2018 roku sprzedaż książek cyfrowych będzie większą niż drukowanych. Dziś sprzedaż e-booków do zaledwie jednoprocentowy segment rynku. Wyjątkiem Japonia, gdzie czytelnicy kupują książki, które czytają na swoich telefonach komórkowych. Na małych ekranach komórek króluje manga.

Czyżby zatem rzeczywiście rynek książki poddany miał zostać takiej samej przemianie jak rynek muzyczny i nasze prywatne biblioteki będą przechodzić na ekrany stacjonarnych i przenośnych urządzeń? Myślę, że musimy na to jeszcze trochę poczekać. Największą przeszkodą wcale nie jest sentyment za szelestem kartek. W moim ciasnym londyńskim mieszkaniu – na przykład – na książki tradycyjne nie ma po prostu miejsca: mam na to dwie półki i dno szafy, absolutnie nic poza tym. Nad sentymentami musi w tym przypadku przeważyć instynkt pragmatyczny. Ten sam, który zmusza Japończyków do czytania komiksów na na ekranach telefonów (ich mieszkania są jeszcze bardziej ciasne…).

Mimo to nie zaliczam się do pół miliona osób, które ściągnęły program Stanza – najbardziej popularną przeglądarkę e-booków na iPhone’a – telefon dający nam największą „powierzchnię lekturową”. Na iPhonie można czytać Hegirascope Stuarta Moulthropa: hipertekstową powieść stworzoną do czytania na ekranie, ale już z pewnością nie „Wojnę i pokój”. To, czego potrzebują czytelnicy „cyfrowej rewolucji” to wygodne, tanie, przyjazne dla oczu urządzenie do czytania e-booków. Kindle Amazona, czy Sony Reader niestety nie spełniają co najmniej jednego z tych warunków i przeznaczone są raczej dla bogatych kolekcjonerów gadżetów niż dla zwykłych czytelników. A tym samym są zaprzeczeniem rzeczonej „rewolucji”.

Coż zatem nam zostaje? Siedzenie na płocie, jak mówią Anglicy. I cierpliwe machanie nóżkami.

Odmrożony Marshal McLuhan – groteska Hegiraskopu

Pionierzy cyberprzestrzeni Brenda Laurel i Trip Hawkins zapraszają niedawno jeszcze żywcem zamrożonego Marshala Mcluhana do Doliny Krzemowej na posmakowanie wirtualnej rzeczywistości.

McLuhan bada umocowanie gogli szukając ostrych kręwędzi i wypustek, które dałoby się uznać za zbędne i usunąć. Chwilę potem poddaje się i ściąga swoje okulary. Trzeba mu przypominać, by miał otworzył oczy.

Po demonstracji, ku zdzwieniu wszystkich, McLuhan milczy. „Myślałam, że dostał kolejnego zawału” – zwierza się później przyjacielowi Brenda Laurel. Po powrocie do hotelu, McLuhan zamyka się w swoim pokoju na trzy dni.

Powyższy fragment pochodzi z hipertekstowej powieści Stuarta Moulthropa Hegirascope. Opublikowana w sieci w 1997 powieść ta była wnikliwą analizą, parodią i antyutopią świata przechodzącego poważną transformację wraz z pojawieniem się Internetu. Kilkanaście splatających się ze sobą wątków z różnych punktów widzenia pozwala spojrzeć czytelnikom na różnorakie implikacje przeprowadzki ludzkości w cyberprzestrzeń, z naczelną metaforą migracji z ciała w domenę ekranu, bezcielesnej hegiry w nową (czy lepszą?) rzeczywistość. O dziwo, zawarte w Hegirascope spostrzeżenia na temat sieci, mediów, wojny, życia codziennego w globalnej wiosce, sytuacji pisarza, psychicznej kondycji człowieka medialnego, są wciąż aktualne.

Dlatego z przyjemnością donoszę, że Techsty przygotowują tłumaczenie tej świetnej prozy (stąd też niejaki bezruch na Elektroblogu, ale postaram się to naprawić, włączając pracę nad Hegirascope w bloga). Mam nadzieję, że powieść Moulthropa spodoba się polskim czytelnikom. Przewidywana premiera (choćby nawet poł-oficjalna) – grudzień 2008. Póki co – zapraszam do czytania oryginału.