Poza fikcję. Kuryokhin: Second Life

Mityczna i kontrowersyjna ikona przełomu w rosyjskich mediach – Sergey Kuryokhin – ma szansę na drugie życie: w interaktywnej fikcji Kuryokhin: Second Life. Napisana na platformie Twine gra Michaela Kurtova to jedyny rosyjski reprezentant w trzecim wydaniu Kolekcji Literatury Elektronicznej. Kuryokhin: Second Life onieśmiela; ten „symulator” alternatywnego losu przedwcześnie zmarłego muzyka, wychodzi poza fikcję, by precyzyjnie i subiektywnie przedstawiać alternatywne spojrzenie na postsowiecką kulturę. Forma symulatora obiecuje użytkownikowi, że będzie mógł zmieniać historię. Jednak metasymulacja opiera się nie na redefiniowaniu, lecz na odkrywaniu potencjalności.

elc

Michael Kurtov – Kuryokhin: Second Life

Gra stawia pytanie: co robiłby Kuryokhin, legenda leningradzkiej sceny awangardowej lat 80. i 90, gdyby żył dłużej niż w rzeczywistości? Bohater jest świadomy bycia częścią symulacji i nie chce, żeby jego drugie życie wyglądało tak samo jak poprzednie. Powtarzanie zdarzeń z prawdziwej biografii kończy się przegraną. Nowe gęsto nakreślone ścieżki także szybko wyczerpują się i blokują. Symulacja zmierza w nicość, a gra rozpada się na dwie części.

Kontrowersyjny i uważany za symbol przełomu w rosyjskich mediach Kuryokhin to postać w pewnym sensie mityczna i tajemnicza, co podkreśla budowa Kuryokhin: Second Life. Okazuje się, że to co mamy do dyspozycji jako gracze to tylko część zagubionego symulatora, nad którym pracują archeologowie mediów z przyszłości. Warstwa autotematyczna wzbudza poczucie zagrożenia i bezradności. Tekst nie pozostawia wyboru, lecz rozwija się na podobieństwo muzycznej kompozycji. Motywem i odnośnikiem, rytmizującym opowieść jest Eksplozja – zdarzenie z pogranicza fikcji i rzeczywistości, które można czytać jako metaforę popularności NUKEMAP albo masowych cyberataków na Utah Data Center zimą 2016 roku. Dla bohatera gra, codziennie życie i Eksplozja zlewają się w jedno.

Kuryokhin: Second Life w krótkiej formie mieści wiele pytań, od refleksji nad polityką i filozofią po sposoby mówienia o hipertekście. Tekst nie tyle rozgałęzia się, co rozciąga i pogłębia w kolejnych leksjach, a nasączona szczegółami treść zachęca do wyjście poza utwór i sprawdzenia na ile fikcyjna jest to opowieść. Nabrzmiała konstrukcja to połączenie szaleństwa i wiedzy, co pokazuje, że chociaż dźwięki utworów Kuryokhina nie brzmią w utworze Kurtova, to jego muzyka pozostaje wielopoziomową inspiracją.

Paulina Chorzewska

„Wszystko płonie czerwienią”: wizualne czytania „Piksel Zdroju” cz. 2

Osiem segmentów tekstu, jeden link do zewnętrznego video oraz pojedynczy suplement w postaci „gry w życie” wystarczyły, aby enigmatyczna ale sugestywna opowieść miejska Olafa Kellera pobudziła wyobraźnię współautorów i wywołała falę odwołań porównywalną do tej, jaką wzburzyła woda mineralna z opowieści Szymona Stoczka. Nie mniej elektryzująca była część morska, zaczynająca się w Wielkiej Brytanii scenami jak z filmu Gyu’a Ritchiego, a kończąca na komisariacie skorumpowanego sierżanta Kopera.

olaf-miejska

Olaf Keller: mapa linii miejskiej [kliknij, aby zobaczyć rozmiar oryginalny]

Kompozycyjnie i hipertekstowo narracja Olafa toczy się na początku w miarę standardowo, przynajmniej z pozoru. Linkowanie eksponuje głównie odnogi tekstu własnego, choć wycieczek do Szymona jest kilka (a np. żadnej do opowiadań Lecha). Ale zarówno to pierwsze, jak i drugie ma swoje przyczyny. W linii miejskiej Olaf linkuje głównie do siebie, niemniej co drugi z ośmiu segmentów jest nie tyle kontynuacją, co trampoliną w inną bajkę. Hybrydyczność propozycji w tej fazie tekstu aż prosi się o zderzenie segmentów z różnych stron i perspektyw. Najbardziej autonomiczne klocki w tej układance, a są wśród nich mikro-dramat z „0-1-2-a” (prawy górny róg mapy nr 1) oraz scena w autobusie, którą obserwujemy okiem topniejącej w ukropie bohaterki, są najlepszą okazją do linków zewnętrznych, np. do Joanny i Magdaleny, i tak się właśnie dzieje. Z kolei linkowania do Szymona to niemal dosłowne sięganie po ochłodę i łyk wody mineralnej w tej kipiącej od czerwoności letniej atmosferze (czerwony klinkier, spieczone na czerwono uda, dachówki i cegły) aż proszą się o ciut chłodnego błękitu.

W fazie morskiej, w przeciwieństwie do większość autorów, Olaf rozwija skrzydła i literacką produkcję, proponując aż 18 hipertekstowych scen, w których link ściele się równie gęsto jak substancje wspomagające poczynania bohaterów. Kompozycja jest sieciowa, ale zachowuje kierunek właściwy hipertekstom osiowym. Czytelnik na pewno się tu nie zgubi, choć nie raz zdezorientuje. Podobnie jak część pierwsza, opowieść morska toczy się na różnych poziomach i w kilku konwencjach, raz jeszcze wystawiając się na odesłania i przytoczenia ze strony innych autorów, ale nie zapominając o odsyłaniu do wydarzeń i wątków z pamiętnej nocy na plaży.

olaf-miejska

Olaf Keller: mapa narracji morskiej [kliknij, aby zobaczyć rozmiar oryginalny]

To od Olafa przechodzimy też do opowieści (raportu) Kopera, który rozpoczyna trzecią, nienapisaną jeszcze, część Piksel Zdroju. Jeżeli miałaby się ona kiedyś potoczyć, to najprawdopodobniej wyrośnie z zaczątków, które pojawiają się właśnie tutaj.

Co ciekawe, statystycznie Olaf pobił jeden ważny rekord. Na liście dziesięciu najmocniejszych leksji, czyli takich, które mają najwięcej połączeń wychodzących i przychodzących, znajduje się aż 6 segmentów jego autorstwa (początkowe z obu linii plus „m-o-cw-1„). Choć włączone są tu linki własne, od których Olaf nie stroni, to dominacja ta może zaskakiwać. Na pewno jednak nie dziwi, potwierdzając siłę przyciągania tego tekstu pośród innych opowiadań Piksel Zdroju.

Hipertekstowe ogrody

Hipertekstowe OgrodySpotkanie w Katowicach, którym mam zaszczyt zainaugurować cykl imprez „Hipertekstowo” jest świetną okazją, by na nowo przybliżyć czytelnikowi opublikowany niemal 10 lat temu przez „Techsty” esej Hipertekstowe ogrody Marka Bernsteina, w tłumaczeniu Doroty Sikory. Jest to jedno z najlepszych wprowadzeń do zagadnień hipertekstu, na dodatek napisanych jako hipertekst. Mam nadzieję, że katowicka publiczność, zwłaszcza ci, którzy być może obawiają się skomplikowanej tematyki, odetchnie i rozluźni się dzięki wiosennej, ogrodowej oprawie spotkania. Na eseju Bernsteina się oczywiście nie skończy, omawiać będę m.in Blok Shutego, jako ogród z betonu made in PRL, ruchomą powieść Hegiroskop Stuarta Moulthropa, popołudnie, pewną historię Michaela Joyce’a oraz najnowszy polski hipertekst ? Piksel Zdrój.

Oto zapowiedź spotkania, roboczo zatytułowanego: „W ogrodach hipertekstu: olśnienia i pułapki (o e-literaturze i hipertekście na luzie)”:

Spotkanie będzie wprowadzeniem do e-literatury i zagadnień sztuki słowa na ekranie komputera. Poprzez wspólne czytanie nielinearnego, ilustrowanego eseju ?Hipertekstowe ogrody? Marka Bernsteina zobaczymy, że metafora ogrodu wskazuje na hipertekst jako odbicie naturalnej pracy umysłu i skojarzeniowego toku myśli. Hipertekstowy ogród nie jest jednak pełen róż i ma swoje pułapki. Jak opowiadać w warunkach, w których pewne partie tekstu są programowo pomijane? Czy link jako trampolina w ciemność to błogosławieństwo, czy przekleństwo hipertekstu? Jak odnaleźć balans między autonomicznością a łączliwością segmentów? Problemy te zilustruję przykładami z zasobów światowej i polskiej e-literatury.

Gorąco zapraszam w sobotę, 21 marca, do Centrum Kultury w Katowicach na rozmowę o przygodzie hipertekstu. Szczegóły praktyczne na stronach Hipertekstowa (Instytucja Kultury Katowice Miasto Ogrodów)

Pułka kontra Google: przybornik

John Cayley, Danie Howe - Readers ProjectIntensywna noc czeka tych, którzy w najbliższy piątek pojawią się w Krakowie na festiwalu Ha!wangarda. Po rozstrzygnięciu konkursu na projekt multimedialny (jury wciąż intensywnie debatuje nad wyróżnieniami), Ula Pawlicka zaprosi na prezentację „Wstęp do poezji cyfrowej” a następnie liczni, bądź nieliczni, śmiałkowie, będą mogli wziąć udział w prowadzonych przeze mnie warsztatach generatywnej literatury sieciowej „Pułka kontra Google według Johna Cayleya”.

Za tym spiętrzeniem nazw własnych kryje się dość prosta generatywna procedura, dzięki której, korzystając z żywej mowy polskiego internetu i przeczesującej ją wyszukiwarki Google, dokonamy językowej implantacji na nie narodzonym jeszcze tekście nie żyjącego już autora…

A teraz bardziej technicznie: każdy z warsztatowiczów otrzyma fragment nie opublikowanej prozy Vida local Tomasza Pułki. Następnie z fragmentu tego wybierze ciągi trzech następujących po sobie słów. Każdą trójczłonową sekwencję umieścimy w przeglądarce Google i przyciskiem „szukaj” wygenerujemy listę znalezionych wyników. Ostatni etap to wybór jednego zdania z listy rezultatów wyszukiwania. Zdanie to, wraz z kolejnymi, wygenerowanymi przez nastęne trzy słowa z tekstu oryginału, utworzą nowy, docelowy tekst, „wiersz” autorstwa Tomasza Pułki, algorytmu wyszukiwania, osoby wybierającej słowa oryginału oraz autorów wyszukanych zdań.

Aby warszty przebiegły sprawnie, tzn. aby każdy z uczestników wygenerował co najmniej 10 zdań tekstu docelowego, porzebna jest przeglądarka internetowa oraz połączenie z internetem, o które w klubie Konfederacka 4 nie tak łatwo. Dlatego warto zabrać ze sobą swoje blueconnecty i inne wtyczki do internetu mobilnego, albo po prostu jakiegokolwiek smartfona z wyszukiwarką internetową. W tym drugim przypadku warto przynieść zwykłą kartkę i długopis, gdyż to znacznie przyśpieszy cały proces, jak wiadomo multitasking na komórkach jest bólem w nosie.

Pomysł na warsztaty wziął się rzecz jasna z tego, by niezapomnianego performera, poetę, twórcę językowych, dźwiękowych i wizalnych szumów, mieć podczas Ha!wangardy wśród nas. To rodzaj poetyckich Zaduszek pod znakiem Pułki jeszcze przed Zaduszkami.
Z kolei generatywne reguły, którym poddawać będziemy tekst oryginału, zasugerowane zostały przezJohna Cayleya, który wraz z Danielem Howem stosują podobne zasady w projektach spod znaku swojego wspólnego przedsięwzięcia Readers Project. Po moich inspirujących, paryskich i londyńskich spotkaniach z jednym z najdłużej działających poetów kodu (sam swoją twórczość nazywa „programatologią”), stało się jasne, że znajomość Cayleya w Polsce jest niewystarczająca. Krakowskim eksperymentem chcemy tę lukę choć w nieznacznym stopniu załatać. Do zobaczenia na Ha!wangardzie!

Oficjalna zapowiedź warsztatów >> .

Program i zapowiedź Ha!wangardy >>.

Tajne komplety z „popołudniem”

„Umówmy się popołudniu, na pewną historię”, zapraszała Korporacja Ha!art, z Dorotą Sikorą i Piotrem Mareckim na czele, do Wrocławia, na warsztaty z powieścią hipertekstową Michaela Joyce’a. Impreza we Wrocławiu, jak donoszą najświeższe e-telegramy, udała się wybornie: clue programu okazało się składanie własnego hipertekstu z kolorowych klocków, które Dorota „ukradła” swojej córeczce i rozdała zaintrygowanej publiczności. Z kolei Piotr Marecki zaprezentował wrocławskim fanom cyfrowej awangardy najnowszy zbiór tekstów o e-literaturze Hiperteksty literackie. Literatura i nowe media (o Joycie, Americe, Moulthropie, Shelley, Malloy, Szczerbowskim, Nowakowskim i Shutym piszą m.in Wójtowicz, Dawidek Gryglicka, Branny-Jankowska, Pawlicka, Przybyszewska). Więcej o spotkaniu z „popołudniem, pewną historią” w klubie Tajne Komplety w nadchodzących relacjach w Wywrocie i „Polonistyce”. Wrocławskim organizatorom, w imieniu Ha!artu i Techstów, gorąco dziękujemy.

Kolejne prezentacje hipertekstowych sposobów opowiadania historii- w Poznaniu (czwartek 24.11) i Krakowie (środa 7.12)

Metafory i alegorie hipertekstu

popołudnie, pewna historia, ekran początkowy w wersji polskiejFabuła popołudnia, pewnej historii Michaela Joyce’a zogniskowana jest na jednym wydarzeniu. Jest nim wypadek samochodowy, o którym czytelnik niemal nic nie wie na początku, lecz – niczym w powieści detektywistycznej i kryminalnej – dowiaduje się w trakcie czytania.

Co ciekawe, osnową innego popularnego przed laty hipertekstu, I have said nothing Jane Yellowlees Douglas, jest również wypadek samochodowy. Ponadto, o wypadku czytamy w brawurowo napisanej sekwencji macluhanowskiej w Hegiroskopie Stuarta Moulthropa. Wydaje się, że samochodowa tragedia urasta do jednego z ulubionych motywów pisarzy hipertekstów.

Dzieje się tak nie bez przyczyny: wypadek samochodowy, coś co zdarza się nagle i czemu towarzyszy zderzenie, jest bardzo plastyczną metonimią aktywności czytelnika w hipertekście: elementy tekstu są rozsypane po sieci a przechodzenie po nich, poprzez uruchomienie linku, jest nagłe i potrafi być przeskokiem o mniejszym lub większym zgrzycie. Przeskok ten może zderzać ze sobą rożne postacie, narracje, czasoprzestrzenie, światy. Jedną z najbardziej plastycznych ilustracji tego procesu jest właśnie wypadek samochodowy. Czy istnieją jeszcze inne figury nadające się do zobrazowania procesów, jakim podlega zdynamizowany i usieciowiony tekst?

O metaforach, metonimiach i alegoriach obecnych w hipertekstowych narracjach mówiłem w tym roku podczas swojego wystąpienia na konferencji ACM Hypertext w Eindhoven, przy okazji prezentacji artykułu „Nowe fabuły dla hipertekstu…”. Sam artykuł o takich figurach narracyjncyh ledwo wspominał, w prezentacji na żywo poświęciłem im nieco więcej czasu, ale temat nie jest bynajmniej wyczerpany i aż prosi się o osobną rozprawę.

Oprócz wypadku warte wymienienia, i najbardziej oczywiste, są opowieść drogi, rozstania-powroty oraz opowieść o powstaniu i upadku (wariant figury rozstań i powrotów). Wyobraźmy sobie opowieść o parze autostopowiczów, którzy wybierają się na poszukiwanie przygód na gęstej sieci zachodnioeuropejskich autostrad. Nagłe przypadki i spotkania, zboczenia z wytyczonej trasy i powroty na nią w naturalny sposób opisują również lekturę hipertekstu. Skorzystanie z takiego motywu fabularnego wydaje się gwarantować, że dzieło będzie jednocześnie alegorią swojej własnej lektury. Innym przykładem, podanym przeze mnie w Eindhoven i który spotkał się tam z dużym oddźwiękiem, jest opowieść o mieście, które ustawicznie – na przestrzeni dziejów – walczy o swą niezależność i przetrwanie, targane jest powstaniami i ich upadkami.
Arcyprzykładem jest Warszawa. Fabuła opisująca dzieje kilku pokoleń warszawiaków, kiedy to każde pokolenie ma swoje własne powstanie i własną klęskę, świetnie wpasowuje się nie tylko w formę hipertekstu, z jego pętlami, cyklami i powtórzeniami, ale też w szczególną ekonomię lektury tekstu w sieci. Scena, w której główny bohater żegna się z rodziną wychodząc na bitwę, jeśli umiejętnie ją skomponować, może być wykorzystana kilka razy niezależnie od tego, czy bohater wychodzi na barykady (Powstanie Styczniowe), do okopu (Powstanie Warszawskie) czy na demonstrację (PRL). Hipertekst pozwala na to, by taką pojedynczą scenę, i wiele jej podobnych, redystrybuować w różnych, zmieniających się kontekstach.

Mam nadzieję, że czytelnicze dyskusje, do jakich będzie dochodzić podczas promocji i prezentacji popołudnia, pewnej historii nadchodzącej jesieni, przebiją się przez kwestie niedogodności interfesju czytania na ekranie czy „odwieczny” szok nowości hipertekstu i zmierzać będą w choćby tego typu, a zatem ciut bardziej owocnych, kierunkach…

Seksowne statystyki „Popołudnia”

popołudnie, pewna historia (afternoon, a story), Tinderbox - program Eastgate SystemsGdy analizuje się powieść tak złożoną jak popołudnie, pewna historia Michaela Joyce’a, nie sposób nie sięgnąć po godne takiej samej złożoności narzędzia. popołudnie to kilkaset segmentów tekstu połączonych ze sobą tak, że po pierwsze czyta się je w rożnych kolejnościach, a po drugie kolejność ta zależy od tego, co przeczytaliśmy wcześniej. W trakcie tłumaczenia, redakcji, a nawet podczas żmudnej pracy nad odtwarzaniem mechaniki powieści w nowych warunkach wersji polskiej (przeglądarka www zamiast stacjonarnego programu do czytania hipertekstów) następstwo nie gra najważniejszej roli, podobnie jak hierarchia ważności poszczególnych fragmentów. Zaczynają być one kluczowe w fazie ostatniej, gdy gotowy projekt poddaje się testowaniu. Które z segmentów popołudnia wchodzą w potencjalne sekwencje fabularne częściej niż inne? Do jakich segmentów, czy inaczej leksji, czytelnik dostanie się z dużym, a do jakich z małym prawdopodobieństwem? Odpowiedź na te pytania podsuwa ważne wskazówki dla tłumacza, redaktora i programisty. Leksje kluczowe wyznaczają rytm lektury, wytwarzają wzorce hipertekstu, odsłaniają strukturę całości i ewokują narracyjną metaforę (np. ogrodu, labiryntu, pętli). Nie można zatem nie pochylić się nad najdrobniejszym szczegółem w warstwie kodu, zawartości i warstwie prezentacyjnej takiego segmentu.

W wyłowieniu kluczowych miejsc narracji pomógł mi, podobnie jak w całej pracy nad polską wersją powieści afternoon, a story, program Tinderbox. Jego agenty, czyli programowalne kweredy, które zgrupowują w jednym miejscu fragmenty tekstu spełniające zadane przez nas kryteria, wyśmienicie i w jednym rzucie ukazują poszukiwane, cenne dane. Na załączonym obrazku znajduje się stworzona w Tinderboxie „tablica rozdzielcza”, na której informacje o leksjach Popołudnia, w oryginalnej wersji, prezentowane są w formie list i diagramów. Najważniejszymi w tym zadaniu atrybutami są inboundLinkCount oraz outboundLinkCount, czyli liczba linków wchodzących i wychodzących z danej leksji, którą Tinderbox pozwala prześledzić i przetworzyć. Do leksji zatytułowanej „speak memory” trafia aż 10 linków, lecz wychodzi się z niej już tylko w dwa miejsca. Przyglądając się zebranym przez agenty danym, możemy stworzyć, na własne potrzeby, kategorię power lexia, czyli fragementu o najwyższym współczynniku linków przychodzących i (lub)wychodzących. Można też odszukać leksje, które – choć trudno w to uwierzyć – nie są połączone z niczym i nie sposób do nich dotrzeć inaczej niż poprzez na wpoły hakerskie przetrzebianie katalogu powieści (czy znajdą się i tacy czytelnicy? Nie wątpię, sam się do nich zaliczam!). Tego typu fragmenty nazywam „leksjami sekretnymi”. Wykresy w słupkach, widoczne nad listą leksji i ich połączeń, pokazują z kolei liczbę słów w segmentach kluczowych. Niektóre z nich zawierają tylko jedno zdanie (słupek bliski zera), inne dochodzą do słów trzystu, trudno zatem o regułę. Tinderbox potrafi też w zgrabny sposób pokazać nam chmurę najczęściej pojawiających się słów, która zwieńcza zaprezentowane statystyki. Jako narzędzie wyrosłe ze Storyspace, programu, w którym popołudnie pierwotnie powstało (pierwsze, oficjalne wydanie w roku 1990), Tinderbox spisuje się niezwykle dzielnie. To bogate w możliwości narzędzie do analizy tekstualnej nie jest też pozbawione wizualnego powabu. Czyż te dane nie wyglądają seksownie?

popołudnie, pewna historia, powieść Michaela Joyce’a w tłumaczeniu Radosława Nowakowskiego i opracowaniu hipertekstowym Mariusza Pisarskiego ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa Korporacja Ha!art.

Interakcja u źrodeł: książki dla dzieci

Korzenie interaktywnej książki rozchodzą się w wielu kierunkach. Jednym z najbardziej przemilczanych, zwłaszcza jeśli chodzi o profesjonalną krytykę literacką, jest dziedzictwo literatury dziecięcej. Tymczasem gdzie indziej, jeśli nie tam, szukać książek, które wymagają od czytelnika aktywnej współpracy i odwołują się do wielu zmysłów na raz. New York Times Books, przy okazji recenzji książki dla dzieci „Press here” Arthura Geiserta, przypomina o długoletniej tradycji książek typu „lift-the-flap”, które zachęcają dziecko do odkrywania tekstu lub obrazku pod tekturowym okienkiem. Taka praktyka czytania świetnie sprzyja fabułom-zgadywankom, narracjom wykorzystującym elementy zabawy, na przykład w chowanego (przykładowy tytuł to „Hide and seek Pig”). Inną tradycję wyznacza „Pat the Bunny” z 1940 roku. Stworzona przez Dorothy Kunhardt, znaną autorkę książek dla dzieci, „Pat the Bunny” była czymś więcej niż tekstem i ilustracją na papierze. Tytułowego królika można było na jednej stronie dotknąć, pocierając o materiał podobny do króliczej sierści, na kolejnej stronie znajdowało się lusterko, a na jeszcze innej kawałek papieru ściernego, który oznaczać miał „szorstką twarz tatusia” (Wikipedia.org). Książka Kunhard otwiera nurt książek „touch-and-feel”, które wprzęgały w proces wytwarzania znaczeń materiał multisensoryczny. Odtąd książka nie cieszyła już tylko wzroku i węchu (tak wychwalany przez orędowników tradycyjnej książki i przeciwników e-literatury), ale też zmysł dotyku, później też słuchu. A wszystko to długo przed komputerami.

„Pat the Bunny” to dzisiaj już nie tylko książka, ale cały franchise, utrzymany w duchu konwergencji mediów: możną ją czytać także jako aplikacja na iPhone’a i iPada.

Podróż na dno fraktalu

Wielopoziomowy, konfigurowalny i kryjący niejedną niespodziankę: rozstrzelam krew, nowy cyfrowy utwór Łukasza Podgórniego (premiera w najnowszych Techstach) nie da się łatwo zakwalifikować. Generator poezji, pięciościeżkowy sekwencer, poezja kodowa a nawet gra strzelanka: cybertekst Podgórniego jest wszystkim tym z osobna i na raz.

Po części konfigurowane, a po części generowane przez odbiorcę przykłady sztuki słowa w nowych mediach zwykło się nazywać instrumentami tekstowymi. Tym różnią się one od większości innych, że zakładają interwencję użytkownika, bez której nie dochodzi do pełnego przebiegu dzieła. W kluczowych momentach rozstrzelam krew czytelnik musi albo celować w litery albo naciskać na klawisze i dopiero po tym odsłania się ciąg dalszy: kolejne litery do odstrzału i kolejne klawisze. Te ostatnie nie są tutaj przypadkowo, gdyż instrument tekstowy krakowskiego autora jest jednocześnie instrumentem muzycznym. Każdemu z czterech wersów tekstu głównego, który losowany jest przez czytelnika z ukrytej bazy danych, towarzyszy własna ścieżka dźwiękowa. Każdą ze ścieżek można wyciszać aż do momentu, gdy muzyka zamilknie na dobre, dokładnie jak w sekwencerach wchodzących w skład osprzętu didżeja. Czytelnik całkiem dosłownie przejmuje stery poetycko-muzycznej konsolety. W oparach usterkowych dźwięków tekst układa się w następujące, przykładowe warianty:

Wy powtarzacie królów do sukna
Kiedy wy podobacie się cumom
Jeżeli wy byliście węzłem Nas
Wyrabianych z wygięcia Jeżeli stąd

Wy powtarzacie stajnie do porshe
Kiedy Wy przedstawiacie się kruszcom
Jeżeli Wy byliście węzłem Nas
Wyrabianych z wygięcia Jeżeli stąd

Niektóre ze słów dają się przestawiać, można je przesuwać z jednego wersu na inny, tworząc wersję wersji i tak bez końca… gdyby to nie był dopiero początek. Podgórni pozwala nam odkrywać dużo więcej, zapraszając do zbierania punktów, błądzenia po kolejnych wertykalnych pięcioliniach i strzelania w uciekające litery i hasła; osacza nas też spowolnionymi pętlami z vocodera, przyciskami, które wiodą donikąd i celowo nieczytelnymi komunikatami.
Najbardziej trwałym elementem ruchomego instrumentu jest efektowny, enigmatyczny fraktal: zapętlone, losowo ułożone zdanie, którego słowa i litery, ruchem węża zjadającego własny ogon, przesuwają się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. The west is the best?

Punktem dojścia, a może tylko ślepym zaułkiem, jest „dno fraktalu” znajdujące się po drugiej stronie dzieła, na którą przenosimy się po uruchomieniu linku do „stron stanowiących zagrożenie” dla zdrowia naszego komputera, czyli na autorską witrynę Podgórniego (szafranchinche.ovh.org). Tam utwór dopełnia się i wybrzmiewa w usterkowych konwulsjach palimsestowej grafiki ASCI i nie dających się już konfigurować słowach urwanej, jakby wymuszonej, końcówki.

Dojście do „dna fraktalu” po raz ostatni i najbardziej dobitny zachęca użytkownika do przywołania społecznego kontekstu dzieła, które – choć tutaj o nim nie piszę – zasygnalizowane jest we wstępie i subtelnie uaktualniane w trakcie przebiegu interakcji, co dodaje rozstrzelam krew dodatkowych wymiarów i zachęca do ponownej lektury. Nigdy bowiem nie wiemy, czy doszliśmy do prawdziwego końca, czy nie ominęliśmy czegoś po drodze i czy w międzyczasie dzieło wypączkowało w nowych kierunkach, czym się nam autor jeszcze we wstępie odgraża.

Poezja Facebooka

O zaskakującym, poetyckim potencjale Facebooka mogą się przekonać wszyscy, którzy natknęli się na aplikację My Year in Status. Mały serwerowy program, których pełno na Facebooku, miksuje wpisy pojedynczego użytkownika i wkomponowuje ich fragmenty w podsumowującą mijający rok e-kartkę. Warunkiem interesującego efektu, co nie dziwi, jest jakość wpisów, jakie dany fejsbukowicz popełnił w ciągu całego roku. Moja aktywność na Facebooku, podobnie jak na Elektroblogu, była w ciągu 2010 nikła, dlatego nawet nie próbowałem. Ale moi koledzy, jak Leszek Onak czy Łukasz Podgórni, mogą się pochwalić całkiem dobrymi pod względem literackim, noworocznymi laurkami. Oto fragment kolażu Onaka: Wróżbita zdecydowanie Maciej / pomysł miał pan Jezus. Ja ten pomnik miałem zbudować / Facebook twierdzi, że „Wola Rządzińska” – moja miejscowość rodzinna, nie istnieje. Z kolei w kolażu Podgórnego czytamy między innymi: Jak rzekł niegdyś Zenon Fajfer „Ha!rakiri” / gdy net zamula, budzą się demony / Czyczowaliśmy / Czas przyszły fraktalny (prototyp). Raz jeszcze okazuje się, że jakość końcowa remiksologii, efekty finalne sztucznego wytwarzania testów z innych tekstów, zależą od materiału wyjściowego. Wyniki tego rodzaju zestawień określane są przez zasadę rubbish in – rubbish out: Nie ma co liczyć na cuda: jeśli do poetyckiego młynka wrzucaliśmy śmieci, efektem mielenia śmieci będą… śmieci, jeśli z kolei pożywką remiksu są teksty przemyślane, dowcipne, „skrzydlate”, takiż ma szansę być końcowy kolaż. Generatorom poezji poświęcam moje dwa ostatnie (pierwszy, drugi) felietony w Ha!arcie, trzeci w drodze.