Kto czyta Techsty ?

Pustynnie i stepowo pomiędzy Szczecinem, Poznaniem a Gdań„skiem, mocne zagęszczenie na obu Śląskach, wyjątkowa aktywność na Mazurach i ścianie wschodniej – tak wygląda mapa Polski widziana oczami serwisu Techsty – literatura i nowe media. A dokładniej mapa czytelników, którzy odwiedzili Techsty w 2008 roku. W ciągu całego roku odwiedzało ponad 40 tysięcy razy około 30 tysięcy użytkowników. Liczby są wciąż szacunkowe, gdyż około 40 procent stron, jakie składają się Techsty wciąż nie jest skanowana przez program google.analytics. Dane dostarczane przez tę darmową usługę są ogromnie rozbudowane.

Tutaj podam tylko największe ciekawostki (a nawet zagadki) które się z rocznego raportu czytelnictwa Techstów wyłaniają. Najczęściej odwiedzaną stroną serwisu jest, czego się można był spodziewać, „hipertekst”, następnie magazyn, strona „definicje” (hipertekstu), oraz aktualności. Co ciekawe tuż po nich, na miejscu dziesiątym, plasuje się niepozorna a jednak niezwykle popularna strona „Technika kolażu w hipertekście i nowych mediach”. Wciąż rosnącym zainteresowaniem cieszą się pozostałe strony o awangardzie literackiiej i ich związkach z hipertekstem oraz strony, których przedmiotem są sztuka interaktywna, cyberprzestrzeń i wirtualna rzeczywistość.
A teraz frekwencja regionalna. Jeśli spojrzeć na to z jakich miast pochodzą nasi czytelnicy, to jeśli odejmiemy Warszawę, Kraków i Wrocław, odsłania się przed nami intrygujący obraz. Kielce mają taką samą liczbę odwiedzin (tu dane google nie mówią niestety o indywidualnych użytkownikach) co Gdańsk, który z kolei ma aż dziesięciokrotnie mniejszą liczbę odwiedzających Techsty niż Wrocław, i trzykrotnie mniejszą niż Szczecin. Poza Kielcami i Łodzią, Techsty czyta się często na Górnym Śląsku, Lublinie i w rodzimym Poznaniu.
A oto obiecane zagadki. Najdogłębniej (ilość stron na jedną wizytę) czytają Techsty mieszkańcy Sosnowca, Olsztyna, Sopotu i Poznania. Z kolei najdłużej przebywają na naszych stronach pasjonaci hipertekstu z Łodzi, Siemianowic Śląskich i Bielska Białej. Dlaczego akurat Siemianowic i Bielska Białej, któż takm tak mocno piłuję swoją magisterkę, doktorat, czy może pierwszą powieść hipertekstową? Tego na razie nie wiemy.

Z kolei największą liczbę nowych czytelników Techsty zdobyły sobie wśrod hipertekstualistów i ludologów z Bydgoszczy, Rzeszowa, Białegostoku i Wałbrzycha.

Wszystkim wymienionym i niewymienionym czytelnikom redakcja Techstów i Elektroblogu życzy wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku.

P.S Najczęściej stosowaną przeglądarką wśród czytających ten wpis jest Firefox (46 %) deklasując w ciągu roku Internet Explorera do pozycji drugiej (36 %). Na miejscu trzecim z 15 procentami uplasowała się Safari – przeglądarka Appla.

Mnemotechniki. To już było! I co z tego…

Już kilka tygodni temu natknąłem się w sieci na Mnemotechniki autorstwa Jarosława Lipszyca. Autor tego tomu poetyckiego to, obok Marii Cyranowicz, jeden z twórców-założycieli neolingwizmu — jednego z najbardziej współczesnych nurtów w polskiej poezji XXI wieku. Ale to nie próba zaszufladkowania czy lingwistyczne korzenie są powodem, dlaczego piszę o tym na łamach Techstów. Tym powodem nie jest również fakt, że Mnemotechniki można przeczytać online.

Ich wyjątkowość tkwi gdzie indziej — pomijam tutaj warstwę znaczenia, sensu,tym niech się zajmują inni — Lipszyc wykorzystuje bowiem, jako tworzywo cudze teksty zamiast własnych słów. Właściwie nie jest to nic nowego, przykłady takich remiksów znane były już w starożytności pod nazwą centonów. Później „bawili” się tak barokowi poeci, awangarda. Pisał o tym Tuwim w książce Pegaz dęba.

Tyle tylko, że Lipszyc uprawiając tę formę deejayingu (by przywołać terminolgoię Nicolasa Bourriauda) sięga nie po znane utwory literackie, ale teksty istniejące tylko w Sieci. Tutaj znów można powiedzieć, że „to nic nowego”. Podobne praktyki od października 2006 roku proponuje czytelnikom swojego bloga 3by3by3.blogspot.com Lance Newman. Twórców obowiązuje jednak pewna zasada, nawiązująca w jakimś stopniu do przepisu na poemat dadaistyczny Tristana Tzary: „Weź 3 teksty z Google News. Użwyająć tylko słów, ktre pojawią się w pierwszych 3 paragrafach, każdej z informacji, ułóż wierz, z 3 strofami, każda po 3 wersy nie większe niż 60 znaków w linii. Tytuł powinien mieć 3 słowa i musi wykorzystywać jeden wyraz z każdego newsa.”
U Lipszyca nie ma zasad i, o ile sam pomysł nie jest nowy, to teksty-produkty, owe „obiekty znalezione”, które wybiera, decydują o wyjątkowości jego pomysłu. W tomie każdy z wierszy składa się ze zdań, słów, liter, które wyjęte są z haseł polskiej edycji Wikipedii Wolnej Encyklopedii, do których zamieszcza nawet adresy pod każdym z utworów. Nie powinno zatem dziwić, że wersja cyfrowa dostępna jest w Wikiźródłach (na papierze Mnemotechniki wydała w 2008 Krytka Polityczna)

W projekcie 3by3by3 każda informacja z Google News ma swojego autora, w Wikipedii hasła, mimo, że lista autorów kolejnych modyfikacji jest dostępna, to samo pojęcie autorstwa pozostaje rozmyte. Lipszyc stara się rozmyć je jeszcze bardziej. Wybór Wolnej Encyklopedii, która nie jest produktem, a ciągłym procesem produkcyjnym; pisaniem palmpsestu, który teoretycznie nie ma końca, jest tym bardziej trafny. Nie dość, że każde hasło, z którego czerpie Lipszyc może mieć wielu autorów, to może się zmienić post factum. A zatem, nawet umieszczone pod wierszem odnośniki wcale nie dają pewności, że znajdziemy pod nimi te sformułowanie, które pojawiły się w Mnemotechnikach.

W wersji drukowanej, na czwartej okładce i we wstępie Lipszyc napisał: „Nie jestem autorem tej książki. Nie napisałem ani jednego ze słów, które w niej przeczytacie. Ta książka ma setki autorów, a ich listę znajdziecie gdzieś pod koniec. Są na niej imiona i nazwiska, pseudonimy, numery IP”. Na karcie tytułowej przed nazwiskiem pojawia się zaś słowo redaktor. Trudno się jednak zgodzić z tym zgodzić. Śmierć autora jako takiego, oczekiwana przez nie-autora Lipszyca jest mrzonką.

Owszem tekstony są dziełem Wikipedystów, ale już powstające z nich skryptony tekstu są dziełem Lipszyca, który remiksując słowa i zdania, rekontekstualizuje produsage’owy tekst jakim są hasła Wolnej Encyklopedii. Produkuje w ten sposób nowy sens. Co więcej, zarówno wersja znajdująca się w Wikiźródłach, jak i jej papierowe wydanie opatrzone jest licencją GNU, pozwalającą na dalsze rozpowszechnianie, modyfikowanie i… remiksowanie. Nie zdołałem przeczytać całości licencji, ale w praktyce sprawdziłem, że bez pezproblomu można zmieniać treść. Zatem do dzieła Techstowi Postproducenci. Pamiętajcie jednak, że pewne prawa są zastrzeżone…

I jeszcze jedno. Wszystko wskazuje na to, że Lipszyc, jako pierwszy opublikował, utwory, które tworzone były na żywo przed publicznością. Bez dumań, świec i innych artefaktów romantycznego weltschmerzu, natchnienia itp. Za to dokładnie w taki sposób, w jaki na scenie miksuje utwory muzyczne deejay. To jeszcze jeden powód by to co już był (vide wyciąganie słów z kapelusza i inne działania w Cabaret Voltaire) dopisać po stronie korzyści tekstu twórcy neolingwizmu.

Brak cienia dowodem istnienia?

Kilka dni temu zacząłem przeglądać bogatą kolekcję darmowych programów na iPhone’a, jaka została zgromadzona w sieciowym sklepie App Store. Zacząłem od działu Books i tam właściwie od razu natrafiłem na Shadows Never Sleep Ayi Karpińskiej. W podtytule zalazł się dopisek “zoom narrative” oraz informacja “dotknij by zacząć, powiększaj by eksplorować”.

Pierwsza scena tej obrazkowej opowieści zaczyna się od zdania „Idziemy do łóżka, zamykamy nasze oczy, ale cienie nigdy nie śpią. Wstają i wychodzą. Cienie nigdy nie śpią.” By przejść dalej czytelnik nie potrzebuje ani przewracać kartki papieru, ani klikać w ukryty gdzieś link, wszystko co trzeba zrobić to wejść w cień, zlać się z nim, przybliżyć go. W iPhonie ten niekonwencjonalny sposób linkowania nabiera specyficznego charakteru. Jest bardziej ludzki, może nawet “naturalny”. Wszystko to dzięki bezpośredniemu kontaktowi palców z powierzchnią ekranu urządzenia, na którym wykonujemy gest powiększenia.

Rozciągam więc palce na zimnym, dotykowym ekranie, z białego (sic!) cienia wchodzę do kolejnej odsłony: kwadratu podzielonego na 9 równych części. Osiem z nich to kolejne obrazki całej historii. Po środku hipnotyzuje biała plama kwadratu. Jeszcze się nie domyślam, że tutaj świat jest w negatywie. Zatem rozciągam palce. Przesuwam kolejne historie. Są interesujące. Białe sylwetki na czarnym tle. Ciekawie rozłożone pojedyncze zdania, wciągają w grę niecodziennym układem typograficznym. Kolejność czytania pozostawiona jest decyzji czytelnika. Przechodzę dalej. Rozciągam palce. Zaczynam rozumieć, że biały kwadrat to także cień. Skoro w tym widzianym w negatywie świecie, cienie są białe, to chyba nie może być inaczej. A może jest inaczej? Przecież jest noc i nie ma cieni…

Gdybym chciał teraz poddać tę e-literacką prace oglądowi z perspektywy typologii literatury ergodycznej Espena Aarsetha to jakikolwiek wymiar znaczenia oraz sensu nie powinien mnie obchodzić. Jednak w świecie cieni trudno powstrzymać się od nie-interpretowania.
Rozciągam palce i widzę kolejne historie tym razem jest ich znacznie więcej. Schemat poprzedniego kwadratu podzielonego na 9 mniejszych jest tutaj powielony razy 9. Osiem kwadratów otacza biała plamę kwadratowego cienia w negatywie. Tym razem nie ma już cieni-sylwetek, są tylko słowa. Ich układ przywołuje cień rozwiązań znanych chociażby z Kaligramów Apollinaire’a czy Rzutu kośćmi Mallarme’go. Rozciągam więc palce by dotrzeć do kolejnych 64 obrazów. Słowa są cieniami słów, jakie pojawiły się we wcześniejszej odsłonie. Czym jest? Czym są? Te białe niepokojące kwadraty? Jeśli cieniem to cieniem czego? Wcześniejszego kwadratu czy może cieniem samej opowieści?

Bez względu na to, kwadrat skojarzył mi się z oknem łączącym dwie nierozerwalnie związane z sobą księgi, które składają się na trzecią cześć Nieopisania świata Radka Nowakowskiego. Okno przeprawia tu czytelnika z dnia w noc, z nocy w dzień. Z kosmosu do mikrokosmosu, z czasu do przestrzeni i z powrotem. Czy kwadrat Karpińskiej to również takie okno…

Rozciągam palce i na biały tle pojawia się The End. Już koniec? Widocznie tak ma być. Jeszcze raz, dla pewności wertuje całość od początku, może przeoczyłem jakieś tajne wejście, jakiś bonus. Tyle się teraz mówi o epifaniach towarzyszących cyfrowym grom i zabawom, a tu, co? KONIEC!

Cień cienia

Nie można jednak poprzestać na tym opisie, bo do całości obrazu potrzebne są jeszcze informacje, zdecydowanie rozwiewające wszelkie cienie ewentualnych wątpliwości.

Shadows Never Sleep to zaledwie (może aż?) ostatnie ogniwo znacznie większego projektu Karpińskiej. Ale i bez tego utwór ten zachęca do wracania, do snucia własnych historii wokół wyświetlanych na iPhone’ie obrazków. Jednak świadomość, że Shadows Never Sleep to w sumie pięć osobnych opowieści, zmienia tu bardzo wiele. A może trzeba powiedzieć: wszystko…

Projekt został pomyślany jako stworzenie 5 opowiadań dla dzieci, których wspólnym motywem jest cień. Pierwsze trzy mają klasyczną formę. Ale mimo, że istnieją na papierze to przeznaczone są do głośnego czytania dzieciom (Karpińska czytała je 6-7 latkom), a nie przez dzieci. Jeśli ktoś czyta dziecku do snu, to z pewnością wie, że opowiadanie jest, jakby librettem. Każdego wieczoru historia zmienia się, raz rośnie, raz pączkuje. Dokładnie tak jak to miało miejsce w kulturach oralnych. Dwie ostanie pozycje: From the Balcony i tytułowe Shadows Never Sleep stworzone zostały z myślą o telefonie Apple’a. Są to osobne opowieści, gdzie historia opowiadana jest obrazem — który jest znacznie bliższy dla nie potrafiącego jeszcze pisać dziecka — oraz tekstem, tyle, że ten pełni raczej wskazówkę dla mistrza ceremonii: opowiadającego rodzica, rodzeństwa itd. Z powodzeniem mając iPhona z From the Balcony można opowiedzieć trzy “papierowe historie”, jak i również stworzyć zupełnie nową, której tamte dadzą tylko “pożywkę”. Tutaj iPhone uruchamia fantazję.

I muszę przyznać, że wybór iPhona mimo nawet mojej niechęci do niego w przypadku działań e-literackich jest trafiony. Jego wielkość jest na tyle mała, że przyjemność obcowania z nim zaczyna być znacznie bliższa przyjemności z trzymania w ręku książki niż ma to miejsce w przypadku niezgrabnego laptopa. Potwierdza to zresztą w swojej pracy sama autorka.

Telefon Apple’a z pewnością zaintryguje młodego człowieka, a dopowiedziana przez “opowiadacza” historia pobudzi jego i opowiadającego wyobraźnię. O cieniach można jeszcze sporo napisać, ale to już materiał na większy artykuł. Na koniec wypada tylko napisać, że Shadows wcale nie kończy się zbyt szybko, a to jak długo trwa zależy już tylko od nas. Radość ze snucia opowieści jest oczekiwaną epifanią, tyle tylko, że wydaje się, by na nią zasłużyć, trzeba zrozumieć, że komórka i e-literatura to zaledwie część drogi do sukcesu.

Na marginesie

Aya Natalia Karpińska to pochodząca z Kępna uznana designerka, performerka i autorka wielu projektów multimedialnych, mieszkająca od kilku lat w USA. Jeden z jej starszych utworów e-poetyckich pt. open.ended (2004) znalazł się w pierwszej części Electronic Literature Collection. Opisywany tu Shadows Never Sleep jest pierwszym przykładem nowoczesnego utworu e-literackiego dostępnego w sklepie Apple’a (aplikacja bezpłatna). Więcej o projekcie na stronach autorki.

Odmrożony Marshal McLuhan – groteska Hegiraskopu

Pionierzy cyberprzestrzeni Brenda Laurel i Trip Hawkins zapraszają niedawno jeszcze żywcem zamrożonego Marshala Mcluhana do Doliny Krzemowej na posmakowanie wirtualnej rzeczywistości.

McLuhan bada umocowanie gogli szukając ostrych kręwędzi i wypustek, które dałoby się uznać za zbędne i usunąć. Chwilę potem poddaje się i ściąga swoje okulary. Trzeba mu przypominać, by miał otworzył oczy.

Po demonstracji, ku zdzwieniu wszystkich, McLuhan milczy. „Myślałam, że dostał kolejnego zawału” – zwierza się później przyjacielowi Brenda Laurel. Po powrocie do hotelu, McLuhan zamyka się w swoim pokoju na trzy dni.

Powyższy fragment pochodzi z hipertekstowej powieści Stuarta Moulthropa Hegirascope. Opublikowana w sieci w 1997 powieść ta była wnikliwą analizą, parodią i antyutopią świata przechodzącego poważną transformację wraz z pojawieniem się Internetu. Kilkanaście splatających się ze sobą wątków z różnych punktów widzenia pozwala spojrzeć czytelnikom na różnorakie implikacje przeprowadzki ludzkości w cyberprzestrzeń, z naczelną metaforą migracji z ciała w domenę ekranu, bezcielesnej hegiry w nową (czy lepszą?) rzeczywistość. O dziwo, zawarte w Hegirascope spostrzeżenia na temat sieci, mediów, wojny, życia codziennego w globalnej wiosce, sytuacji pisarza, psychicznej kondycji człowieka medialnego, są wciąż aktualne.

Dlatego z przyjemnością donoszę, że Techsty przygotowują tłumaczenie tej świetnej prozy (stąd też niejaki bezruch na Elektroblogu, ale postaram się to naprawić, włączając pracę nad Hegirascope w bloga). Mam nadzieję, że powieść Moulthropa spodoba się polskim czytelnikom. Przewidywana premiera (choćby nawet poł-oficjalna) – grudzień 2008. Póki co – zapraszam do czytania oryginału.

Czy hipertekst wyciska łzy?

Debata na temat literackiego hipertekstu na stronach bloga Instytutu Przyszłości Książki powoli wygasa. Rozpoczęta przez Bena Vershbowa kontrowersyjnym stwierdzeniem „hipertekst jest nudny”, a zakończona (na razie) propozycją mierzenia nudy hipertekstu jego zdolnością do wyciskania łez, dyskusja ta staje się papierem lakmusowym, którym możemy mierzyć kondycję najnowszej teorii i krytyki literatury nowych mediów.

Stare, przesadnie biegunowe podziały na zagorzałych przeciwników i fanatycznych zwolenników hipertekstowej formy nie zniknęły. Pozostałości po dawno rozbitych obozach wciąż widoczne są na polu walki (patrz: Mathew Kirshenbaum kontra Mark Bernstein). Nadchodzi jednak nowe, i co najważniejsze, wspierane jest ono przez reprezentantów starego .

Ciekawą uwagą, która podpowiada nam jak uporządkować nasze doświadczenia z literackim hipertekstem, jest uwaga Jeremiego Ashkenasa: czy hipertekst mamy traktować jako formę, czy technikę. Niezwykle pogłąbioną refleksją, dużo mówiącą o procesie odbioru hipertekstu, pracy pamięci, podzielila się Diane Greco, podsumowując swój wpis:


Kiedy ktoś pyta mnie dlaczego zajmuję się hipertekstem, lub szydzi sobie z mojego zaangażowania, odpowiadam, że to coś po prostu do mnie przemawia. To mnie wręcz zamieszkuje. Gdy czytam hipertekst, zawsze jestem zdziwiona jak szybko skojarzenia nawarstwiają się jedno na drugie, i jak bardzo na miejscu i przyległe do sebie, jest wszystko, co ma związek z hipertekstem. Poprzez czytanie Twilight, czy afternoon, odkrywam na nowo, w jak bardzo żywotnym sensie, wszyscy jesteśmy z sobą w pewien sposób połączeni, i jak bardzo osobiste, wręcz intymne, są takie skojarzenia.

A Hypertextopia – sieciowy program do tworzenia autorskich hipertekstów, wciąż się rozwija, dochodzą do niego coraz to nowe opcje. Dwie dane próby pisania w Hypertextopii, dostępne są na stronach najnowszego magazynu Techstów. (poetycki utwór Łukasza Podgórni i hipertekstowy esej Andrzeja Pająka).

Spotkania autorskie w Second Life

Spotkanie z Markiem Ameriką i jego najnowszą książką poetycką 29 inches zorganizował w wirtualnej przestrzeni Second Life kolektyw ReadMe ze Szwajcarii. Dzięki możliwemu od niedawna w Second Life audio czatowi, Amerika czytał fragmenty swojej książki a między zebranymi awatarami toczyła się dyskusja, czemu przestrzenie „House of Literature” sprzyjają w szczególny sposób. Część wystaw i spotkań w Domu Literatury Dagny Readme.cc odbywa się bowiem na dachu wieżowca, z malowniczymi widokami. Po spotkaniu z twórcą „Grammatrona” uczestników zaproszono na pokaz fajerwerków.

Mark Amerika żałował tylko, że nie mógł podpisywać wirtualnych egzemplarzy swojej książki wirtualnym piórem. O takie szczegóły twórcy Second Life jeszcze nie zadbali….

Dialog blogowy o Storyspace

Pisarski dwugłos o narracyjnym potencjale programu Storyspace prowadzą na swoich blogach pisarze Steve Ersinghaus oraz Susan Gibb. Czytelnik ma tu niecodzienną okazję zapoznania się z warsztatem twórczym obu autorów, którzy na gorąco pokazują fragmenty swoich jeszcze nie opublikowanych powieści.

Najbardziej uderza w obu przypadkach świeżość spojrzenia na klasyczny program do tworzenia hipertekstowych powieści. Ersinghaus i Gibb podchodzą do Storyspace bardzo pragmatycznie: jest to narzędzie, które ma im pomóc w napisaniu lub dokończeniu już rozpoczętych przedsięwzięć. Okazuje się, że prawdziwie hipertekstowe środowisko potrafi wciąż zadziwiać, nawet w czasach web 2.0. Wystarczy bowiem, jak pisze Gibb, by dokument Worda, z gotową powieścią lub jej fragmentem, umieścić w Storyspace, by wkrótce utwór zaczął tam zapuszczać swoje korzenie, wypuszczać kiełki, rozwijać pędy, rozrastać się kłącze. Najważniejsze jednak, że po niemal 20 latach od swojej pierwszej wersji (dziś mamy wersję zaledwie 2.5) Storyspace wciąż potrafi trzymać takie kłącze w ryzach.

Dla Susan Gibb i jej pisarskich przedsięwzięć hipertekstowe środowisko Storyspace daje przede wszystkim szansę na swoiste powielenie dystrybucyjności znaczeń, na dostosowaniu powieści do kilku grup czytelników na raz. Ci niecierpliwi mogą podążać za akcją, ci co lubią detale i lubią sprawdzają prawdopodobieństwo postaci i fabuły, mogą z kolei czytać powieść dygresyjnie, ci z kolei, co nie chcą ani wartkiej akcji, ani detalicznych dygresji, mogą podążyć ścieżką poetyckiej prozy. W wydaniu drukowanym na taką heterogeniczność nie ma po prostu miejsca.

Steve Ersinghaus, autor napisanej już w Storyspace powieści Life of Geronimo Sandoval idzie jeszcze dalej. Na swoim blogu dzieli się on z czytelnikami nie tylko fragmentami swojej powstającej, nowej powieści. Podsuwa też pomysły na to, jak powinno wyglądać Storyspace przyszłości (bardziej otwarte, wieloplatformowe, bardziej przyjazne dla potrzeb publikacji internetowej). Miejmy nadzieję, że listę tych pomysłów Ersinghaus zaprezentuje publicznie, na forum konferencji Hypertext 08, i coś się z tego wykluje (Storyspace jako projekt open-source a nie dzieło jednego człowieka, który nie chce nad nim pracować).

Seria wpisów na blogach obu autorów obfituje w wiele naprawdę cennych, poczynionych z pierwszej ręki, spostrzeżeń na temat kształtowania fabuły w hipertekście, prowadzenia postaci, grupowania wątków, tworzeniu napięcia itp. Poruszane zostają nawet marginalne z pozoru problemy, które mogą być dla wielu z nas problemami o dużej wadze. Jak choćby wpis o tym, jak pojedynczy link wymusza zmianę treści w dwóch połączonych za swą sprawą leksjach, oczywiście pod warunkiem, że autor chce być konsekwentny i korzysta z artystycznego potencjału linku. Na ten problem z trudem natkniecie się w pisanych w duchu hip hip hura! rozprawach hipertekstowych lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
I to jest być może najbardziej optymistyczne.

Rzeczywistość wirtualna i sztuka

Jak wygląda i działa holodek i dlaczego przyczynił się do spadku popularności idei rzeczywistości wirtualnej? Jak długie są tradycje sztuki immersji i kim był enigmatyczny Myron W. Krueger? Na dużo więcej podobnych pytań staram się odpowiedzieć w odświeżonym, zrewidowanym, poprawionym dziale „wirtualna rzeczywistość, sztuka i hipertekst” serwisu Techsty (główne strony dostępne z działu hipertekst, którego VR jest częścią).

Kilka odsłon dawnych rozważań o VR i cyberprzestrzeni (całość pisana była w 2002 roku) zostało całkowicie usuniętych, dodano kilka nowych, pojawiają się też ilustracje. Zapraszam – tego nie przeczytacie w Wikipedii (pl).

Oto lista nowych oraz poprawionych stron:

wirtualna rzeczywistość

cyberprzestrzeń

immersja

instalacje Myrona Kruegera

holodek

projekt CAVE

projekt Screen

cechy i rodzaje wirtualnej rzeczywistości

wirtualność

model matrycy

Przy okazji znów można się przekonać jak ważne dla rozwoju idei Rzeczywistości Wirtualnej okazała się koncówka lat sześćdziesiątych: już wtedy Myron W. Krueger zaczął wystawiać swoje instalacje artystyczne, które zainspirowały później nie tylko twórców modelu CAVE, ale być może także autorów Startreka i holodeku. Coż było takiego w przeciągu tych kilku krótkich lat na przełomie siódmej i ósmej dekady, że pojawiło się tam tyle inspirujących pomysłów? Czy było to „lato miłości”, nadmierna konsumpcja środków halucynogennych, pierwsza fala wschodniej duchowości czy klasyczne albumy, które wytyczyły historię rocka?

Ĺťywe mapy hipertekstu

J.Nathan Matias umieścił właśnie w sieci hipertekstową wersję swojego wykładu Tragedy in Electronic Literature. Dzięki programowi Spatial Hypertext Publisher Matias udostępnia czytelnikom mapę całego wykładu, z przestrzenną wizualizacją poszczególnych segmentów wystąpienia, linkami do zawartości multimedialnej i do slajdów. Klikamy na zamieszczony na mapie prostokąt, pojawia się tekst z jego zawartością oraz listą linków prowadzących do i od czytanego fragmentu. Ponadto mapę takę można przybliżać i oddalać.

Wykład Nathana Matiasa przygotowany został w programie Tinderbox, który do tej pory nie dawał łatwo przekładać swoich przestrzennych możliwości na warunki sieciowe. Jego Spatial Hypertext Publisher przełamuje ten impas. Przykład: napisałem w Tinderboxie i opublikowałem artukuł Redefinicje hipertekstu. Z czytelnikami mogłem się podzielić jedynie nieinteraktywnym ekranowym zrzutem z mapy mojego hipertekstowego eseju. Mapa Matiasa nie jest już plikiem .jpg ale aktywną aplikacją sieciową, która wprowadza Tinderbox w nową epokę. Na dodatek angielski badacz hipertekstu wyśmienicie wykorzystał swoją dynamiczną mapę w trakcie wykładu. Udostępnił on ją swoim studentom, którzy na bieżąco mogli śledzić tok myślowy wykładowcy, odniesienia historyczne i kulturowe do każdego z fragmentów wykładu, a także oglądać zlinkowane z materialami wykładowymi materiały filmowe. Oczywiście każdy ze studentów musiał mieć dostęp do podłączony do sieci komputera.

Niestety Spatial Hypertext Publisher działa tylko z programem Tinderbox i nie pozwala, jak byśmy być może chcieli, na tworzenie własnych map hipertekstowych online, co stanowiłoby rozbudowaną, bardziej hipertekstową wersję aplikacji MindMeister, z której korzysta redakcja Techstów. A Tinderbox to program, za który musimy zapłacić 200 dolarów i działa on niestety tylko pod platformą Mac OS X.

Chętni, którzy zapalą się do idei żywej mapy hipertekstu mogą jedakże wypróbować Spatial Hypertext Publisher ściągając demo programu Tinderbox ze stron Eastgate Systems.

Sepulchre – nowy blog Kate Mosse

Kate Mosse – autorka sprzedanego w liczbie 40 milionów egzemplarzyLabiryntu, wydała swoją nową powieść – Sepulchre. Podobnie, jak w przypadku Labiryntu, nowej powieści Mosse, towarzyszy blog, otwarty na pół roku przed publikacją i wprowadzający nas w świat „Grobowca” i jej autorki kilkoma drzwiami.

Po pierwsze, na blogu sepulchre.co.uk przybliżeni są nam bohaterowie powieści, miejsca, w których rozgrywa się akcja, oraz inspiracje, jakimi kierowała się Kate Mosse. Obecność dwóch pierwszych elementów jest ściśle związana z codzienną, zawodową działalnością Mosse, która wraz ze swoim mężem prowadzi kursy „creative writing”. W ich spojrzeniu na tworzenie powieści kreacja bohaterów odgrywa kluczową rolę. Sama Kate nierzadko zresztą mówi o tym, że to bohaterowie prowadzą jej fabułę w takim, a nie innym kierunku, a jej kształt nie był ani w przypadku Labiryntuani w przypadku Sepulchreokreślony z góry.

W blogu SepulchreMosse odkrywa kolejne tajemnice swojego warsztatu: przy tworzeniu postaci pomagały jej karty Tarota. Nie działo się to w czysto mechaniczy sposób, wystarczył jednakże prosty algorytm kontrastu, by podsuwane przez karty charaktery nabierały głębi. Powieściowe lokacje, wybór czasu to z kolei czynniki, na których zasadza się „koloryt lokalny” powieści, jakby powiedział Walter Scott. Akcja toczy się na dwóch planach czasowych: w dziewiętnastowiecznym Paryżu i współcześnie.

Trzonem blogu jest jednak po prostu blogowanie: cotygodniowe, odautorskie wpisy, dotyczące nie tylko Sepulchre, ale całego kontekstu w którym powieść powstaje, jest wydawana, i doczekuje się swoich pierwszych czytelników, wrażeń i recenzji. I tutaj Kate Mosse pokazuje prawdziwą klasę: jej sposób blogowego pisania jest tym, czego oczekiwaliby teoretycy i (pierwsi) praktycy tej formy, chociażby Mark Bernstein i jego wciąż nie przetłumaczone na polski „Dziesięć wskazówek pisania w sieci” (kiedy to zrobisz, Grzegorz? ;).

Dla miłośników inteligentnego historycznego kryminału, lub współczesnej odmiany powieśi gotyckiej blog autorki jest przedłużeniem świata Sepulchre oraz nieocenionym źródłem wszelkiego rodzaju triviów, komentarzy i informacji metatekstowych. Po drugie blog Mosse to niezły przykład miejsca w sieci, które chce się czytać: jest to pisarstwo osobiste, wprowadzające nas w pewien konkretny świat, którego w pewnym sensie stajemy się, lub możemy stać się, częścią (co chwilę pojawiają się zachęty w stronę czytelników, prośby o odzew, komentarz, jest nawet konkurs na opowiadanie). Last but not least, blog Mosse spełnia także wszelkie wymogi profesjonalnego, nowoczesnego, wielokanałowego (patrz – H. Jenkins) marketingu.

Dla mnie najważniejszy jest ten drugi aspekt, fakt, że na czytanie blogu autorki Sepulchre mogę poświęcić nieprzeciętnie długo czasu. Co sprawia, że tak się dzieje? Czym jest to coś, co pozwala nam łatwo przełamać bariery nie sprzyjającego lekturze ekranu?